o mnie

czwartek, 3 marca 2016

What the Dickens?! czyli Grantchester powraca i zachwyca na nowo [recenzja]

Śledzący facebooka Mind the Galaxy być może zwrócili uwagę na przewijające się w ostatnim czasie posty dotyczące serialu o enigmatycznym tytule Grantchester. Część z Was pewnie już wie, że to jedna z moich ukochanych produkcji z Wysp, na której kontynuację czekam już od dłuższego czasu. I to tylko ze względu na Jamesa Nortona w głównej roli. Grantchester to serial na wskroś brytyjski, wyjątkowo ciepły i (jakkolwiek to brzmi w kontekście wątków kryminalnych) przyjemny. Owa wyprodukowana przez telewizję ITV produkcja powróciła właśnie z drugim sześcioodcinkowym sezonem, i jeśli jeszcze nie widzieliście pierwszego, nie ma lepszej okazji aby zabrać się za nadrabianie. Trailer znajduje się tutaj.

Wpis dedykuję mojej Ani, bo przekonanie Jej do Grantchester zajęło mi łącznie jakieś 30 minut. Resztę zrobiły gify z tumblr


Pozwólcie, że przed przejściem bezpośrednio do recenzji przedstawię Wam fragment każdej (podkreślam to, każdej) rozmowy w której próbuję sprzedać komuś Grantchester i namówić do oglądania:

Magda: OMG GRANTCHESTER! To naprawdę świetny serial, bardzo brytyjski, musisz go oglądać i na pewno Ci się spodoba, jest cudowny, przyjemny, ma tylko sześć odcinków, będzie drugi sezon!
Rozmówca : A o czym on?
Magda: O anglikańskim pastorze rozwiązującym zagadki kryminalne w okolicach Cambridge w latach pięćdziesiątych.
Rozmówca: OJCIEC MATEUSZ!

Kurtyna.

To prawda, opisując w jednym zdaniu o co chodzi w Grantchester, porównania do Ojca Mateusza mogą narzucać się polskiemu widzowi same. Mamy bowiem duchownego o uroczym imieniu i nazwisku Sidney Chambers, mamy wątek kryminalny. Co więcej, rzeczony Sidney Chambers zaprzyjaźnia się z inspektorem policji, jeździ na rowerze, a na plebanii czeka na niego sceptycznie nastawiona do jego talentów detektywistycznych gospodyni. Szach, mat, zaorane, nie ma po co oglądać, brytyjski Ojciec Mateusz, pewnie jeszcze robiony na tej samej licencji.

Typowy środek transportu pastora-detektywa.
No i tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Grantchester tylko z pozoru wydaje się serialem podobnym do produkcji znanej nam z krajowego podwórka. Gdyby się nad tym zastanowić, różnic jest jeszcze więcej niż podobieństw. Po pierwsze, serial ten stanowi luźną ekranizację serii książek „Zagadki Grantchester” autorstwa pochodzącego z Cambridge nowelisty Jamesa Runcie. Trudno jest mi wypowiadać się na temat fabuły, gdyż jeszcze ich nie czytałam, niemniej istotne jest, że piszący je autor inspirował się postacią swojego ojca Roberta Runcie, byłego biskupa Cantenbury. Nie mamy więc do czynienia z serialem będącym brytyjską wersją włoskiej produkcji, ale ekranizacją powieści autorstwa pisarza bardzo mocno zorientowanego w opisywanym miejscu i czasie. Trzeba mieć to na uwadze, tym bardziej że sam serial kręcony jest właśnie w Grantchester koło Cambridge, a nie jakichś dzikich plenerach bądź gdzie. Każdy kto jest w okolicy może sobie pojechać i przespacerować się dokładnie po tych samych miejscach które widzimy w serialu, dotknąć tego samego drzewa co James Norton, pływać w tej samej rzece, oddychać tym samym powietrzem, i tak dalej, i tak dalej.... (brzmi to jak plan na wakacje….)

Ładni ludzie w ładnych plenerach.
Po drugie powiedzieć trzeba, że naszemu bohaterowi bardzo daleko jest do stereotypowych, powielanych na dziesiątą stronę w kinie i telewizji wzorców duchownego. Nie wynika to jedynie z faktu, że jest on protestanckim pastorem a nie księdzem katolickim. Sidney to dobry, ciepły człowiek, przepełniony niezwykłą dawką empatii. Z drugiej jednak strony ma on cały szereg problemów i wewnętrznych demonów, zupełnie innych niż te, które moglibyśmy kojarzyć z hasłem „rozterki duchownych w kulturze popularnej”. Wątpliwości pojawiające się w głowie Sidneya nie sprowadzają się bowiem do kwestii wiary, relacji z Bogiem ani innych tego typu metafizycznych atrakcji. Nasz bohater ma zdecydowanie bardziej doczesne problemy, związane z tym co przeżywa, przeżył i zapewne przeżyje. Oczywiście, kwestie te postrzegane są przez Sidneya również w kategoriach problemów moralnych, jednak miejmy świadomość, iż nie chodzi tutaj o moralność wywodzoną tylko i wyłącznie z wiary chrześcijańskiej – mówimy o wartościach podzielanych przez wszystkich dobrych ludzi, niezależnie od wyznania czy światopoglądu.

Sidney jest co prawda pastorem, ale problemy z którymi się mierzy wykraczają poza sferę wiary.
Wróćmy jednak do Sidneya i jego dylematów. Po pierwsze, jako proboszcz parafii w niewielkim i w sumie konserwatywnym miasteczku, z każdej strony wywierana jest na niego presja aby w końcu się ożenił. Gdyby to było jednak takie proste... Sidney nie ma szczęścia do kobiet, a już na samym początku serialu dowiadujemy się, że jest on nieszczęśliwie zakochany w swojej przyjaciółce Amandzie, która na domiar złego planuje wyjść za mąż za innego mężczyznę. Przewijający się przez cały serial wątek obyczajowy jest jedną z rzeczy wyróżniających Grantchester, nadając mu lekkości i odmieniając stereotypowy punkt widzenia. Po drugie, wraz z kolejnymi odcinkami ewidentny staje się fakt, że nasz bohater ma problem z alkoholem. Żeby nie było, to nie jest tak że Sidney rozwiązuje te kryminalne zagadki na bani, ale sceny w których nalewa on sobie whiskey słuchając jednocześnie jazzu (kolejne nietypowe dla duchownego hobby) bądź przesiaduje w knajpie nad piwem, są w sumie dosyć częste. Piękny jest moment w którym sięga on po czasopismo branżowe aby na postawie jednego z artykułów stwierdzić, czy nie jest czasem alkoholikiem. Skłonność Sidneya do nadużywania trunków to skutek żywych wspomnień z okresu II wojny światowej, w trakcie której znajdował się on na froncie i zabijał ludzi. Trauma tamtego okresu co jakiś czas powraca do naszego bohatera, a my oglądając serial nie mamy wątpliwości, że w takich sytuacjach wiara w Boga nie jest w stanie ani pomóc, ani specjalnie ulżyć.

Skłonność Sidneya do alkoholu to typowy efekt stresu pourazowego.
Kolejną ciekawą kwestią odróżniającą Sidneya od stereotypowego modelu duchownego jest fakt, iż nie stanowi on absolutnego autorytetu dla wszystkich będących w jego otoczeniu. Ksiądz czy pastor kojarzy się nam wszakże z osobą którą każdy poważa, szanuje i której zdanie liczy się najbardziej. W przypadku Sidneya nie jest to takie oczywiste. Fakt, wśród parafian i mieszkańców Granchester cieszy się on sporym autorytetem (co dosyć sprawnie wykorzystuje w swoich śledztwach). Z drugiej jednak strony trzeba podkreślić, iż nie wywodzi się on ze środowiska w jakim przyszło mu mieszkać i pracować. Sidney to przedstawiciel klasy wyższej, w dalszym ciągu utrzymujący kontakty z bywalcami salonów. Dość powiedzieć, że pochodząca z dobrego domu  Amanda chodziła do szkoły z siostrą naszego pastora. Sam Sidney jawi się nam również jako człowiek o liberalnym światopoglądzie, niemający problemów z kwestiami takimi jak pozamałżeńskie związki czy homoseksualizm. Zarówno na poziomie mentalnym, wykształcenia i preferowanego stylu życia nie pasuje on więc do mieszkańców małego miasteczka (co nie znaczy że źle się on w Grantchester czuje), będąc raczej typowym dla tamtych czasów intelektualistą z wyższej sfery. Problem polega jednak na tym, że towarzystwo w jakim swego czasu obracał się Sidney dość pobłażliwie podchodzi do jego życiowego wyboru, w najlepszym przypadku traktując go jako ekscentryka postępującego w myśl zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, a najgorszym zaś widząc go jako zwykłego życiowego nieudacznika. Serial bardzo ładnie pokazuje nam owe dwie perspektywy postrzegania Sidneya przez jego otoczenie, odmienne w zależności od tego czy mówimy o jego znajomych z miasta, czy z wiernych parafii.

"The Man of God. Such a shame..."
W tym momencie wypada wspomnieć o wątkach kryminalnych, stanowiących istotną oś fabuły serialu. Podkreślić trzeba jednak bardzo wyraźnie, że to nie spektakularne śledztwa, plot twisty w stylu Sherlocka, czy wymyślne morderstwa w stylu Whitechapel stanowią siłę Grantchester. Prawda jest bowiem taka, że pokazywane na ekranie przestępstwa, zabójstwa i inne nieprzyjemne wydarzenia to swego rodzaju dźwignie pozwalające na głębsze przyglądnięcie się głównym bohaterom. To, że martwe ciała i mordercy stanowią narzędzie pozwalającą opowiadać historię pastora i jego relacji z żywymi ludźmi może brzmieć nieco makabrycznie, ale naprawdę, to dla Sidneya i jemu najbliższych warto ten serial oglądać. W tym kontekście powiedzieć trzeba o wspaniale poprowadzonym wątku przyjaźni pomiędzy Sidneyem a Geordiem Keatingiem, funkcjonariuszem policji z którym współpracuje nasz pastor. Mimo iż różnią się oni od siebie o 180 stopni i mają zupełnie inne podejście do idei służby społeczeństwu, między dwoma panami zawiązuje się fenomenalna relacja. Nie oznacza to oczywiście, że na tle wspomnianych różnic nie dochodzi między bohaterami do spięć. Próba przyjaźni Sidneya i Geordiego w obliczu różnicy zdań w  sprawach  fundamentalnych stanowi jeden z podstawowych wątków rozbudowywanych przez twórców serialu w drugim sezonie.

Sprawa dla detektywów.
Trzeba podkreślić, iż wielką zaletą Grantchester jest sam sposób w jaki ów serial został zrobiony. Wspominałam już o fakcie kręcenia wszystkich scen w oryginalnych lokalizacjach, ale nie tylko to mam tutaj na myśli. Serial jest naprawdę piękny wizualnie, dobrze dopracowany i porywa estetyką. Taki argument może wydawać się mało poważny, ale w kontekście całości historii warstwa wizualna, dbałość o szczegóły i detale liczą się naprawdę bardzo. Trudno wymienić wszystkie małe elementy cieszące oko i duszę w trakcie oglądania, ale koniecznie wspomnieć należy o jednym. Nasz bohater posiada absolutnie pięknego labradora o imieniu Dickens. Dickens jest cudowny, kradnie sceny w których się pojawia i w gruncie rzeczy ma już własny fandom. Brytyjska telewizja w ogóle umie w „zwierzęta najlepszymi przyjaciółmi ludzi” - kto widział Poldarka ten wie jak wielką estymą wśród fanów cieszy się Garrick.

Nie ufam ludziom, którzy nie kochają Dickensa.
Mówiąc o Grantchester nie sposób nie poświęcić osobnego paragrafu aktorom i ich postaciom, tym bardziej że stanowią oni kolejny, dla wielu decydujący element świadczący o wartości tego serialu. Jak wspominałam powyżej (i jak zasadniczo każdy widzi) główną rolę w serialu gra James Norton. Co więcej, robi to absolutnie wspaniale. Dosyć zabawne jest, że zanim tenże przystojny skądinąd człowiek poszedł do RADA, dłuuugo przed tym jak Internet zaczął castować go na nowego Bonda, studiował on teologię w Cambridge. Co więcej, sam James przyznawał w wywiadach, że z Sidneyem łączy go wiele cech wspólnych (obaj są przystojni, mądrzy, sympatyczni, dowcipni i generalnie na pierwszy rzut oka nie mają wad..?). Trzeba jednak pamiętać, że serialowy Sidney to nie tylko mężczyzna serdeczny, inteligentny i z poczuciem humoru, ale jednocześnie człowiek pełen kłębiących się w nim dylematów. Jamesowi udało się oddać tę paletę emocji w sposób naprawdę przekonujący, co skutkuje sytuacją, w której głównego bohatera Grantchester po prostu nie da się nie polubić. Wspaniałym bohaterem jest też wspominany już policjant Geordie Keating, którego rolę odgrywa Robson Green. Bardziej niż z bycia aktorem znany jest on co prawda ze swojej kariery piosenkarza i showmana (kojarzycie taki duet „Robson & Jerome”? Jerome Flynn z Gry o Tron i Ripper Street? No! To właśnie z nim śpiewał kiedyś Robson. Posłuchajcie TEGO),  ale w Grantchester stworzył on świetną kreację. Co więcej, na pierwszy rzut oka widoczna jest chemia między dwoma aktorami grającymi główne role - James i Robson bardzo dobrze dogadują się zarówno na planie jak i poza nim. Miłą, zabawną postacią jest też odgrywany przez Ala Weavera Leonard, drugi pastor na plebanii u Sidneya.

Aktorstwo to jedna z najjaśniejszych stron serialu.
Tym, co dodatkowo może przekonywać do oglądania Grantchester są ciekawie napisane i dobrze zagrane postaci kobiece. Odgrywana przez Tessie Peake-Jones gospodyni to co prawda to bohaterka standardowa w swojej konstrukcji, ale jednak tak świetnie zagrana, że bez problemu wzbudza ona sympatię. Polubiłam też wspominaną już wcześniej Amandę, przyjaciółkę i obiekt nieszczęśliwej miłości Sidneya. Morven Christie doskonale radzi sobie z graniem postaci znajdującej się w fatalnym tak naprawdę położeniu. Amanda to bowiem bohaterka z głową na karku, ambitna, mająca pomysł na siebie i pracę sprawiającą jej satysfakcję. Z drugiej jednak strony jest ona strasznie ograniczona konwenansami, w których w latrach 50. w dalszym ciągu tkwiła większość brytyjskich kobiet z dobrych domów. Mimo że między nią a Sidneyem nie padają żadne wyraźne słowa, nie dochodzi też do czynów, Amanda doskonale zdaje sobie sprawę z prawdziwych uczuć przyjaciela. Widz ma prawo domyślać się, że nie są to uczucia nieodwzajemnione. Ciążący nad bohaterką (prawdopodobnie bardziej nawet psychicznie niż fizycznie) obowiązek zadośćuczynienia rodzicom, i wyjścia za mąż za porządnego, ale głównie bogatego człowieka z pozycją i koneksjami w kręgach wyższych, nie pozwala jej jednak na bycie idealistką. To w sumie bardzo smutne. Inną ciekawą postacią jest również grana przez Pheline Roggan, pochodząca z Niemiec Hildegarda Staunton, aczkolwiek mam wrażenie, że zabrakło odcinków aby w sposób porządny pokazać jej osobę. Mam nadzieję że w drugim sezonie się to zmieni, chociaż wokół Sidneya widać też nowe bohaterki.

Amanda uważa, że ma tylko pozorną możliwość wyboru.

Nie będę przekonywać Was, że Grantchester to najoryginalniejsze dzieło jakie kiedykolwiek weszło na ekrany. Prawdopodobnie też nie jest to serial generujący największe dyskusje i wzbudzające fale emocji (chociaż we mnie akurat wzbudza…….). Powiedzieć jednak mogę z pełnym przekonaniem, że stanowi on kwintesencję tego, za co kochamy brytyjską telewizję. Mamy przyjemną, ślicznie nakręconą historię, odpowiednio zrównoważone dawki humoru i dramatu, bohaterów których nie sposób jest nie lubić oraz znakomite aktorstwo. Jeśli nie jest to klucz do sukcesu produkcji z Wysp, to już naprawdę nie wiem co nim jest.



P.S. Następny wpis też będzie o brytyjskim serialu, bo dużo dobra się w tym zakresie namnożyło w ostatnich czasach. Cieszę się że mogę o tym wszystkim pisać i że jednak są osoby, które chcą to czytać. ^^


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz