o mnie

czwartek, 16 czerwca 2016

Tylko orków szkoda, czyli o Warcraft: Początek [recenzja]



Mówiąc szczerze, już same trailery filmu Warcraft: Początek wywarły na mnie średnie wrażenie, a fala krytycznych recenzji, pojawiających się zarówno w polskim, jak i światowym Internecie, utwierdzały w bezpiecznym przekonaniu, że nie ma co sobie zawracać głowy kolejną mierną ekranizacją gier komputerowych. W ostatnich (dosłownie) dniach jednak, trafiłam na szereg opinii, jakoby Warcraft nie był wcale taką złą produkcją, i jakoby nadawał się do oglądania z całkiem sporą przyjemnością. Postanowiłam więc zaryzykować, tanie środy w Cinema City, 15 złotych można potencjalnie wyrzucić w błoto. No cóż. To było błoto po kolana. Zupełnie nie rozumiem skąd wzięły się słowa pochwały nad tą produkcją. Dawno nie oglądałam tak złego, nudnego i nic niewnoszącego filmu.

Wpis nie zawiera spoilerów dotyczących fabuły, gdyż w tym filmie fabuły nie ma.

No ale po kolei. Dla porządku powiem jedynie, że Warcraft: Początek to ekranizacja popularnej serii gier komputerowych wyprodukowanych przez firmę Blizzard Entertainment. Sama fabuła filmu rozgrywa się nieco przed wydarzeniami zarysowanymi w pierwszej części gry, kiedy horda dokonuje najazdu na królestwo Azeroth, a konflikt pomiędzy orkami a ludźmi dopiero się zawiązuje. Ci pierwsi przybywają do świata ludzi za pomocą portalu, napędzanego potężną mocą zwaną Spaczeniem. Spaczenie jest mocą niszczycielską, napędzaną energią życiową złożonych ofiar. Aby móc sprowadzić przez portal wszystkich przedstawicieli rasy, konieczne jest poświęcenie życia dziesiątków innych, w tym przypadku zamieszkujących Azeroth ludzi. Temu negatywnemu dla ludzkiej rasy scenariuszowi zapobiec stara się król Llane Wrynn, jego wojowniczy zięć Anduin Lothar, jak również szereg innych postaci, w tym dwóch czarodziejów.

Tutaj powiedzieć muszę, że nie jestem jakąś specjalistką od Warcrafta, grałam w niego kiedyś dawno temu, bez większego szaleństwa ani zaangażowania. Kontakt z grami sprawił jednak, że nie szłam na film totalnie od czapy, bo coś jednak na temat samego uniwersum wiedziałam. Miałam więc też pewne oczekiwania, mimo że daleko mi do osoby, która mogłaby docenić film za to, że skierowany on został do graczy. Już na tym etapie pojawił się więc mój pierwszy, zasadniczy problem z Warcraft: Początek. Produkcja absolutnie nie broni się fabułą. Tak, Moi Mili – przez bite dwie godziny miałam wrażenie, że oglądam połączone ze sobą bez ładu i składu wycinki  gry komputerowej, w których nie zabrakło nawet walk z bossami. That’s not how you do the movie. Film pokazuje widzowi jedynie zarys konfliktu między dwoma rasami, wrzucając go do spójnego, ukształtowanego uniwersum, o którym równie dobrze może nie wiedzieć on nic. Cały film stanowi przewidywalną do granic możliwości historię, po obejrzeniu której ma się (słuszne skądinąd) wrażenie, że więcej zostało pominięte niż pokazane. Skoro ja, mając jakie takie pojęcie o WoW, w trakcie oglądania miałam wrażenie że sporo rzeczy mi umyka, co dopiero mają powiedzieć osoby, które poszły do kina znając trailer albo nic? Wydaje mi się, że jedyną grupą, która serio mogliby oglądać film z przyjemnością, są warcraftowscy fanboje, którzy są w stanie wyłapać wszelkie detale, docenić fanserwis i ucieszyć się postacią z piątego planu, która gdzieś później miga w grach. Takim osobom nie jest potrzebna dobra fabuła, bo dzień zrobi im sam fakt, że Warcraft w ogóle został przeniesiony na ekrany. 

Skoro już mówimy o postaciach, mam z Warcraftem kolejny problem. Sam film stanowi kompilację punktów widzenia całego szeregu bohaterów mających różne motywacje, mniej bądź bardziej zaangażowanych w toczący się między rasami konflikt. Tutaj również trochę widać specyfikę gry komputerowej, bo trudno powiedzieć, który z bohaterów jest tak naprawdę protagonistą. Intuicyjnie wskazywalibyśmy pewnie na orka Durotana, przywódcę klanu Mroźnych Wilków, wspominanego już wojownika Lothara, oraz Garonę – pogardzaną przez hordę pół kobietę-pół orka, której pochodzenie owiane jest (przynajmniej w filmie) tajemnicą. Z drugiej jednak strony trudno nie wspomnieć o królu Llane i jego żonie Tarii oraz dwóch czarodziejach: doświadczonym Strażniku Medivhu i  młodym Khadgarze. Wymieniać można byłoby jeszcze dalej. Problem polega jednak na tym, że mimo iż każda z wymienionych postaci ma jakiś wkład w opowiadaną historię, tak naprawdę za żadną nie idzie głębsza historia. Na ekranie widzimy szereg sytuacji, w której bohaterowie sprzeciwiają się swojej rasie, ale trudno jest mówić o jakiejkolwiek psychologii postaci. Poza górnolotnymi hasłami typu „Spaczenie mnie przeniknęło” bądź „robię to, aby ocalić mój klan” nie dostajemy żadnych wskazówek, mogących wyjaśniać motywacje kierujące bohaterami. Efekt tego wszystkiego jest taki, że wcale nam na nich nie zależy. Co z tego, że jeden czy drugi jest sympatyczny, skoro jesteśmy w stanie położyć przysłowiową „lagę” na tym, czy dożyje do końca filmu, czy też zginie w mniej bądź bardziej przerysowanych okolicznościach. Przytoczona charakterystyka nawet bardziej tyczy się ludzi, którzy zupełnie nie mają czym ująć widza, będąc typowymi postaciami odbitymi od popkulturowej kalki. W przypadku orków też nie dostajemy zmyślnych konstrukcji - mamy przecież klasycznego antagonistę - Gul’dana oraz klasycznego „dobrego” - Durotana. Sama warstwa wizualna sprawia jednak, że przynajmniej kilku z nich naprawdę potrafi budzić grozę. Co ciekawe również, przedstawienie orków w filmie znalazło uznanie wielu krytyków, którzy podkreślali, że wykraczają oni poza stereotyp bezmózgich maszynek do zabijania, cechując się w pierwszej kolejności uporem i honorowością. Fakt, fajnie że po tylu latach poszliśmy o krok dalej od tego, co zaproponował nam Tolkien, niemniej wydaje mi się, że skoro mówimy o uniwersum, gdzie orkowie i ludzie stanowią dwie równorzędne strony konfliktu, takie rozwiązanie jest czymś oczywistym. 

Dodatkowo, i tutaj naprawdę muszę powiedzieć rzecz szokującą, tym co mocno bolało mnie w trakcie oglądania Warcrafta, jest aktorstwo. Nie chodzi nawet o to, że wszyscy grali drewno, ale o niewykorzystany potencjał. Oglądanie Dominica Coopera i Ruth Neggi w roli króla i królowej, mając świadomość że w tym samym czasie można patrzeć na ich świetne kreacje w Preacherze AMC, sprawia fizyczny ból. Po obejrzeniu Pauli Patton w roli Garony, oraz Travisa Fimmela jako Lothara, w dalszym ciągu nie wiadomo, czy to są dobrzy czy źli aktorzy. Rola tego drugiego nawet nie umywa się do Ragnara w Wikingach, jakkolwiek nie jestem fanką tego serialu. Ben Foster w charakteryzacji Strażnika Medivha wygląda jak David Guetta, a Ben Schnetzer jako Khadgar przypomina GoTowskiego Podricka Payne’a na dopalaczach. Dwójkę tę ratuje całkiem fajnie pokazana magia, prawdopodobnie jedyna rzecz, jaką mogę ocenić w tym filmie całkowicie na plus. Aktorsko dużo bardziej podobali mi się zrobieni na CGI orkowie, no ale co z tego, skoro nie polubiłam żadnej z tych postaci. 

Atrakcją filmu było czekanie, kiedy David Guetta podejdzie do konsolety.
Skoro już o CGI mowa, powiedzieć trzeba wprost, że widać te dziesiątki milionów dolarów wpakowanych w film. Produkcja praktycznie w całości wykonana jest na green screenie, co w większości przypadków robi dobre wrażenie. Podkreślam, w większości, bo i w tym filmie widać kilka kadrów, w których stojące na tle pola bitwy postaci wyglądają jak żywcem doklejone. Brak pokazania większości lokacji z perspektywy innej niż z lotu ptaka może również sprawiać pewien niedosyt. Dodatkowo, problem z CGI jest jeszcze taki, że technologia bardzo szybko idzie do przodu, i za parę lat oglądanie filmów takich jak Hobbit czy właśnie Warcraft, może być po prostu żałosne i śmieszne jednocześnie.    

Nazwanie Warcraft: Początek ekranizacją gry komputerowej, jest prawdopodobnie najbardziej trafnym określeniem, jakie można przypisać tej produkcji. Film ten nie stanowi ciekawej, zamkniętej historii osadzonej w uniwersum Warcrafta, będąc łopatologicznym przeniesieniem na duży ekran tego, co znamy z komputera. Biorąc pod uwagę niedostatki fabularne i nędznie zarysowane postaci, projekt ten nie stanowi ciekawej oferty ani dla warcraftowskich laików, ani dla osób mniej bądź bardziej zaznajomionych z grami. Produkcję Duncana Jonesa polecałabym chyba jedynie psychofanom gry, chociaż tego typu grupa pójdzie na film niezależnie od wszystkiego. Osobiście bardzo się na Warcrafcie zawiodłam, i naprawdę nie wiem, czy będę miała ochotę oglądać kolejną część. Pewnie nie.

P.S. Wiem że miałam pisać o Me Before You, ale czytanie książki mi się przeciągnęło. Poza tym po obejrzeniu Warcrafta wpadłam w hejt rejdż, więc musiałam znaleźć ujście tych emocji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz