o mnie

poniedziałek, 7 marca 2016

Pozornie szczęśliwa dolina, czyli dlaczego warto oglądać Happy Valley [recenzja]



Być może jest to dla Was zaskakująca wiadomość, ale dzisiejszy wpis poświęcony jest jednemu z najbardziej chwalonych brytyjskich seriali ostatnich lat. Happy Valley, autorski projekt scenarzystki Sally Wainwright, spotkał się ze znakomitym przyjęciem krytyków i widzów, którzy okrzyknęli go mianem „brytyjskiego Fargo”. Produkcja zgarnęła nagrodę BAFTA w kategorii Best Drama Series (czyli najważniejsze serialowe wyróżnienie na Wyspach!), ale nie zyskała światowego rozgłosu na miarę Luthera czy Broadchurch. Trudno to zrozumieć, bo mówimy tu o naprawdę świetnej telewizji. Serial powrócił całkiem niedawno z drugim sezonem, utwierdzając widzów w przekonaniu, że warto było czekać prawie dwa lata na kolejne epizody. Świetny poziom odcinków wyświetlanych obecnie przez BBC One umocnił mnie w zdaniu, że jest sens o Happy Valley napisać. Warto przedstawiać ten serial jak największej liczbie fanów dobrej telewizji. Fanów, którzy zasiadając do oglądania na pewno nie będą zawiedzeni. 



Wyobraźmy sobie niewielkie prowincjonalne miasteczko w brytyjskim hrabstwie Yorkshire. Zwykli ludzie, zwykłe problemy, nieustannie padający deszcz. Upper Calder Valley, a więc tytułowa szczęśliwa dolina, sprawia wrażenie jakby odciętej od świata zewnętrznego. Nie jest ona jednak miejscem ładnym ani łatwym do życia. Pełno w niej patologii i przestępstw, a policja każdego dnia ma pełne ręce roboty. Mamy więc  morderstwa, rozboje, kradzieże, próby samobójcze. Jedną z funkcjonariuszek próbujących utrzymać codzienny porządek w mieście jest sierżant Catherine Cawood. Szybko przekonujemy się jednak, że problemy z którymi spotyka się w pracy stanowią jedynie krople w morzu tego, z czym przychodzi jej stawiać czoła w życiu prywatnym. 

Catherine (w tej roli świetna Sarah Lancashire) to z jednej strony niezwykle skuteczna i ceniona stróż prawa, z drugiej natomiast kobieta z wielkim, niekoniecznie przyjemnym bagażem doświadczeń. Jest rozwódką mieszkającą z siostrą (byłą alkoholiczką i narkomanką) i samotnie wychowuje wnuka Ryana. Ostatnie lata w wykonaniu Catherine to nieustanne próby przezwyciężenia depresji związanej ze śmiercią jej ukochanej córki. Becky, bo tak na imię miała córka Catherine, nie potrafiła poradzić sobie z traumą będącą efektem gwałtu, popełniając samobójstwo. Wcześniej jednak wydała ona na świat Ryana. Tragedia w rodzinie głównej bohaterki doprowadziła do rozpadu jej małżeństwa. Poznajemy więc Catherine jako kobietę z wyraźnie zarysowaną historią, mimo wszystko starającą się prowadzić w miarę uporządkowane życie. Wszystko komplikuje się jednak w momencie gdy z więzienia wychodzi niejaki Tommy Lee Royce – mężczyzna skazany za gwałt na Becky, w oczach Catherine bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć jej córki. Sam Tommy postrzega Catherine jako kobietę która zniszczyła mu życie, pragnąc zemścić się na niej za swoje krzywdy. Z biegiem odcinków poznajemy go jako człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów i bezwzględnego.  Rozpoczyna się psychologiczna gra między bohaterami. W grę wchodzi już nie tylko sprawiedliwość lub zemsta, ale również życie i zdrowie osób trzecich.

Catherine dzieli dom ze swoją siostrą Claire, byłą narkomanką i alkoholiczką.
Happy Valley to produkcja wielowątkowa, w której losy dwójki głównych bohaterów przeplatają się z problemami postaci drugoplanowych. Co ciekawe, serial pokazuje nam w tym zakresie dość szeroki przekrój społeczny – poznajemy zarówno bogatych i dobrze prosperujących, typową klasę średnią, ale i klasyczne „doły”. Każda z przedstawionych osób, zarówno w pierwszym jak i drugim sezonie, ma swoje problemy, mroczne tajemnice bądź po prostu nie radzi sobie z życiem. Owa skomplikowana siatka emocji nie pozostaje bez wpływu na działania bohaterów. Wraz z kolejnymi odcinkami na pozór niezwiązane ze sobą elementy zaczynają się coraz bardziej zazębiać, tworząc spójną, wielowątkową historię z tragedią w tle. W tym kontekście Happy Valley faktycznie jawi się jako produkcja mocno podobna do Fargo. Niejednokrotnie mamy bowiem do czynienia z sytuacjami, w których czysty przypadek bądź splot niefortunnych okoliczności popycha ludzi do czynów, których później żałują i których nie są w stanie odwrócić. Podkreślić trzeba jednak rzecz podstawową. Wbrew temu co może się wydawać (i wbrew temu co sugerują dystrybutorzy) Happy Valley to nie jest typowy serial kryminalny. Bliżej mu do dramatu psychologicznego lub obyczajowego. Nie mamy tutaj detektywów na miarę Sherlocka czy Johna Luthera, trudno też powiedzieć aby rozwiązywanie zagadki kryminalnej było  jedyną osią fabuły. To, co najbardziej interesuje twórczynię serialu jest warstwa psychologiczna, jak również sama natura ludzka. Postaci z którymi mamy do czynienia wymykają się schematom, a próby jednoznacznej oceny pełzną na niczym.

Tommy Lee Royce to jedna z najbardziej przerażających postaci jakie ostatnio widziała telewizja. Nie żartuję.
W tym kontekście przejść trzeba do kwestii zasadniczej, a mianowicie do aktorstwa. A to w Happy Valley zdecydowanie nie zawodzi. Występująca w roli Catherine Sarah Lancashire jest doskonałą aktorką odgrywającą jedną z ról swojego życia. Niesamowicie udaje jej się oddać całą gamę emocji targających bohaterką, tworząc niejednoznaczną, głęboką postać. Jej bohaterka doskonale balansuje na granicy tego co poważne, smutne i straszne z tym co normalne i przyziemne. Połączenie znakomitych umiejętności aktorskich Lancashire z dobrze napisaną postacią sprawia, że oglądając serial nie czujemy się przytłoczeni nadmiarem goryczy płynącej ze strony Catherine, mimo że zasadniczo mogłoby tak być. Mówimy przecież o bohaterce, która w gruncie rzeczy ma za sobą dość straszne lata życia. Sarah Lancashire odgrywa ją jednak w sposób lekki, unikając emocjonalnych manipulacji i wzbudzania litości.

Fenomenalna jest Sarah Lancashire w roli Catherine.
Poza doskonałą Lancashire, człowiekiem któremu należą się za Happy Valley wszelkie pochwały (i nominacja do BAFTA) jest znakomity w roli Tommy’ego James Norton. Aktor ten, ze względu na bardzo brytyjską i niezwykle miłą dla oka aparycję, obsadzany jest głównie w rolach dobrych i eleganckich mężczyzn z epoki, takich jak chociażby Sidney Chambers z Grantchester, książę Andrei Bołkoński z Wojny i Pokoju czy malarz Duncan Grant z Life in Squares. W Happy Valley natomiast gra on psychopatę, mordercę i gwałciciela, człowieka zdolnego do najgorszych czynów. I tutaj ważne jest, aby wszyscy zrozumieli co mam na myśli. Mówiąc o „psychopacie, mordercy,  gwałcicielu i człowieku zdolnym do najgorszych czynów” NAPRAWDĘ mam to na myśli. Tommy Lee Royce jest postacią przerażającą. To jeden z najstraszniejszych i najokrutniejszych złych jakich ostatnio widziała telewizja. Przy nim Moriarty z Sherlocka nadawałby się na opiekunkę do dziecka, Jack Randall z Outlandera wcale nie jest brutalny, a Kilgrave z Jessiki Jones to w sumie miły facet. Serio. Nie przesadzam. W dodatku jest to postać bardzo realna, którą (w przeciwieństwie do wyżej wymienionych trzech) moglibyśmy spotkać na ulicy w prawdziwym życiu. Najbardziej przerażające w Tommym jest jednak to, że tak naprawdę zupełnie nie wiadomo czego można się po nim spodziewać. Z jednej strony jest to człowiek bezwzględny, pozbawiony skrupułów, niemający problemów z patrzeniem jak niewinne osoby cierpią z jego ręki. Z drugiej jednak potrafi on rozpłakać się na myśl o swoim synu Ryanie, wychowywanym przez znienawidzoną przez niego Catherine. Patrząc na zachowania Tommy’ego doskonale widać, jak wielką pracę wykonać musiał James Norton przygotowując się do takiej roli. W wywiadach na temat Happy Valley nie ukrywał on, że zrozumienie sposobu myślenia psychopaty zajęło mu dużo czasu. No cóż, opłaciło się, bo stworzył on kreację tak dobrą aktorsko i tak fenomenalnie przekonującą, że nawet jego własna mama nie mogła patrzeć jak jej syn robi te wszystkie straszne rzeczy. Warto podkreślić, że drugi sezon serialu przynosi nam w kontekście Tommy’ego nie tylko zmianę wyglądu, ale i reguł gry w ramach których musi on funkcjonować. Wpływa to na całą konstrukcję postaci. Póki co niewiele widzieliśmy go na ekranie, ale to co zobaczyliśmy zdecydowanie wystarcza aby pochwalić Jamesa za wykreowanie nowego oblicza swojego bohatera. Mogę powiedzieć że jestem jeszcze bardziej przerażona, co w normalnych warunkach (tudzież w innych rolach Jamesa) oznaczałoby, że mój zachwyt nad aktorem osiąga coraz wyższe poziomy.

Trudno uwierzyć, że w dalszym ciągu mówimy o tym samym #pięknym i #dobrym Jamesie Nortonie.
Happy Valley to również plejada bardzo dobrych, aczkolwiek pewnie nieznanych pozabrytyjskiemu odbiorcy aktorów w drugim planie. Jeśli chodzi o bardziej rozpoznawalne twarze, w drugim sezonie, w mocno ciekawej roli pojawia się Jęcząca Marta z Harry’ego Pottera, a więc Shirley Henderson. Bardzo dobra (szczególnie w drugim sezonie) jest znana z Downtown Abbey Siobhan Finneran, w Happy Valley odgrywająca rolę siostry Catherine, Claire. W moim przekonaniu jednak na czoło wśród aktorów drugoplanowych wysuwa się Charlie Murphy, odgrywająca rolę Ann Galagher, córki bogatego przedsiębiorcy. Wpierwszym sezonie (ku zmartwieniu rodziców) nie potrafi ona odnaleźć swojego własnego miejsca, w drugim bierze już sprawy w swoje ręce. Charlie to irlandzka aktorka, dla większości pewnie anonimowa. Osobiście jestem dużą fanką zarówno jej talentu co i urody, a pierwszy raz zobaczyłam ją w doskonałym irlandzkim dramacie kryminalnym LOVE/HATE (to jest najlepszy i najbardziej znany irlandzki serial, będę na pewno o nim pisać w przyszłości).  W Happy Valley stworzyła ona kreację przekonującą, bardzo odmienną w pierwszym i drugim sezonie. Miło jest obserwować przemianę bohaterki oraz to, jak bardzo dobrze Charlie radzi sobie z tą rolą.

Uwielbiam Charlie Murphy, a w Happy Valley naprawdę pokazuje się ona z najlepszej strony.
Zarówno pierwszy, jak i ponad połowa drugiego sezonu Happy Valley utwierdzają w przekonaniu, że mamy do czynienia z wciągającą od pierwszej minuty, doskonałą i niejednoznaczną telewizją. Jest to również telewizja przewrotna, o czym najlepiej świadczy już sam tytuł serialu. Swoje robi również czołówka, w której lekka, przyjemna melodia i ładne widoki tytułowej doliny łączą się z tekstami takimi jak Stuck in speed bump city where the only thing that's pretty is the thought of getting out. Trudno o coś bardziej ironicznego, a jednocześnie w lepszy sposób oddającego klimat serialu.

 
Happy Valley to naprawdę jedna z najlepszych rzeczy, które ostatnio ujrzały światło dzienne w Wielkiej Brytanii. Gorąco polecam ten serial, spodoba się zarówno fanom, jak i obojętnym na kryminały, miłośnikom kina braci Coen, zwolennikom seriali psychologicznych, jak i wszystkim szukającym ambitnej rozrywki.


P.S. Ten i poprzedni wpis wcale nie stanowią ukrytej (jawnej….?) sugestii przeradzania się bloga w fanpage Jamesa Nortona. Od czasu do czasu jest to przecież fanpage Oscara Isaaca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz