o mnie

poniedziałek, 14 marca 2016

Vinyl – w rytmie rocka, disco i punka [RECENZJA]



O ile stwierdzenie, że HBO robi tylko dobre seriale coraz częściej podawać można w wątpliwość, tak w dalszym ciągu nie podlega dyskusji fakt, że stacja ta jak żadna inna potrafi gromadzić wielkie nazwiska, łącząc je z wielkimi pieniędzmi. Vinyl to kolejne „złote dziecko” amerykańskiej kablówki. Serial, w którym swoje siły łączą Martin Scorsese, Mick Jagger i Terence Winter z założenia po prostu miał się udać.

Recenzja pisana jest po pięciu odcinkach pierwszego sezonu serialu. 


Martin Scorsese jest reżyserem, któremu tematyka muzyczna jest wyjątkowo bliska. Mało który twórca w sposób tak perfekcyjny potrafi wplatać motywy muzyczne do swoich produkcji. Co więcej, a być może przede wszystkim, Scorsese jest też twórcą świetnych dokumentów muzycznych, takich jak Bez stałego adresu: Bob Dylan czy Rolling Stones w Blasku Świateł. Nie może dziwić więc, że informacja o tworzeniu przez niego serialu na temat amerykańskiego rynku muzycznego końcówki lat 70. zelektryzowała fanów. Pomysł połączenia tych dwóch światów – dokumentalno-muzycznego i fabularnego podsunął Scorsese sam Mick Jagger, człowiek który jak nikt z żyjących obecnie na ziemi zna się na temacie i wie co stoi za hasłem Sex, Drugs and Rock’n’Roll. Pomysłem Scorsese i Jaggera zainteresowała się stacja HBO, dzięki której do projektu dołączył znany z Zakazanego Imperium Terence Winter. Trzeba pamiętać, że Winter jest również scenarzystą Wilka z Wall Street, gdzie w sposób perfekcyjny dowiódł on umiejętności pokazywania tego, co Scorsese lubi najbardziej – zdegenerowanych elit w przełomowych momentach historii.


To, że Vinyl jest historią osadzoną w czasach przełomu nie ulega wątpliwości. Pierwsza połowa lat 70. to okres w którym triumfy święcili Pink Floyd, Led Zeppelin, Iggy Pop czy Alice Cooper. Mocno trzymali się też wokaliści soulowi, funkowi i jazzmani. Jednocześnie jednak pojawiać się zaczęły nowe trendy. Na popularności zyskiwać zaczęła muzyka disco, czego symbolem była wybijająca się wtedy Abba, jak również powstające w opozycji do establishmentu punk, z Sex Pistols na czele. Nowojorski Bronx lat 70. to czas i miejsce narodzin rapu. W takich właśnie zawiłych okolicznościach poznajemy głównego bohatera serialu – Richiego Finestrę. Na pierwszy rzut oka historia Richiego wydawać się może typową opowieścią o realizacji amerykańskiego snu – ten bogaty i wpływowy producent muzyczny doszedł do swojej pozycji jedynie dzięki samozaparciu i ciężkiej pracy. Symbolem sukcesu Finestry jest wytwórnia American Centry Records, którą założył i na czele której stoi. Szybko przekonujemy się jednak, że w życiu Richiego, podobnie jak i w muzyce, nic nie jest tak proste jak może się zdawać. Zmiany na rynku płytowym poskutkowały utratą wpływów przez kierowaną przez Finestrę wytwórnię, stawiając go przed koniecznością sprzedaży swojego ukochanego dziecka. Nasz bohater daje się poznać jako człowiek niejednoznaczny, balansujący między koniecznością dostosowania się do  krwiożerczych mechanizmów rynkowych, a szczerą miłością do muzyki. Co więcej, niezwykle trudno jest mu odciąć się od używek. Praktycznie cały czas widzimy go pod wpływem narkotyków lub alkoholu (często zaś i tego i tego), bez których de facto nie może już normalnie pracować. Wszystko to oczywiście odbija się na życiu rodzinnym Richiego, szczególnie zaś relacjach z żoną, de facto samotnie zajmującą się dwójką ich małych dzieci.

Pieniądze, które stacja HBO wpompowała w projekt pozwoliły nie tylko na zatrudnienie wielkich nazwisk, ale wierne odtworzenie klimatu czasów i miejsca. Lata 70. są widoczne we wspaniałych kostiumach i scenografii, jak i, co chyba najważniejsze, słyszalne w muzyce. Vinyl jest bowiem w pierwszej kolejności serialem muzycznym, w takim samym stopniu na poziomie treści co i formy. Pojawiające się w produkcji utwory są doskonale przemyślane, świetnie dopasowane i w sposób perfekcyjny oddają różnorodność dźwięków jakie można było usłyszeć w cztery dekady temu w Nowym Yorku. Na tym poziomie Vinyl to wielka gratka dla miłośników i znawców historii muzyki. Bez problemu zidentyfikują oni kolejne utwory, wynosząc z tej układanki dźwięków wiele radości. Nie oznacza to oczywiście, iż mniej zorientowany widz nie będzie czerpał przyjemności z oglądania serialu. Scorsese i Jagger zadbali, aby szereg motywów i  postaci przewijających się w drugim planie było znanych dla każdego. Któż bowiem nie słyszał nazwisk takich jak Alice Cooper, Robert Plant czy Andy Warhol (Na marginesie przyznać tu trzeba, że sposób pokazania słynnej warholowskiej Fabryki jest w Vinylu tak doskonały, że płakę z radości oglądając to *_* ).


Vinyl to nie tylko wspaniała muzyka i pasjonująca historia ukazująca kulisy funkcjonowania rynku muzycznego, ale również świetne, wiarygodne postaci i bardzo dobre aktorstwo. Nie mówię tutaj jedynie o Richiem Finestrze, chociaż odgrywający go Bobby Cannavale bez wątpienia stworzył najlepszą rolę w całej swojej dotychczasowej karierze. Mam szczerą nadzieję, że skorzysta on na sukcesie Vinyla w dużo pełniejszy sposób niż miało to miejsce w przypadku Zakazanego Imperium. Mówiąc o serialu Scorsese i Jaggera, nie można jednak zapominać o osobach towarzyszących i współpracujących z Richiem. Doskonałą postacią jest żona głównego bohatera, Devon Finestra. Serial we wspaniały sposób zarysowuje nam jej historię, pokazując że jeszcze kilka lat temu była ona zupełnie inną osobą - członkinią Fabryki Warhola, kobietą wyzwoloną i uduchowioną, z sekretami, których nie ujawnia do tej pory. Małżeństwo, dzieci, a także nieodpowiedzialność męża zmusiły jednak bohaterkę do zmiany priorytetów, jak również przedefiniowania oczekiwań co do tego, jak powinno wyglądać jej życie. Odgrywająca Devon Olivia Wilde ma w końcu szansę pozbycia się brzmienia aktorki jednego serialu, z czego w tym kontekście można się tylko i wyłącznie cieszyć.  Bardzo dobra w Vinylu jest również Juno Temple, wcielająca się w Jamie Vine - młodą i ambitną pracownicę wytwórni American Century Records, już teraz porównywaną do Peggy Olson z Mad Men. Jednym z symboli autentyczności Vinyla jest obsadzenie w roli  zbuntowanego muzyka Kipa Stevensa syna Micka Jaggera, Jamesa. Swoją drogą radzi on sobie więcej niż nieźle. Generalnie o aktorach w serialu można byłoby pisać peany, więc powiem jedynie tyle, że również fenomenalne są kreacje wymienionych powyżej i znanych z tzw. „życia” muzyków i artystów (Ciężarówka kwiatów za tę kreację Warhola. Chociaż Alice Cooper i gilotyna na scenie też dają radę).  


Wspomnieć trzeba, że wśród recenzentów produkcji pojawiały się niekiedy głosy, że na poziomie konceptualnym Vinyl to tak naprawdę kalka z poprzednich filmów Scorsese. Faktem jest, że spora ilość scen, szczególnie w pierwszym, dwugodzinnym odcinku wyreżyserowanym przez twórcę Infiltracji, bezpośrednio odnosi się do obrazków znanych nam z Chłopców z Ferajny czy Taksówkarza. Można jednak zadać sobie pytanie, czy sprawa wtórności stylu Scorsese (też dyskusyjna kwestia) naprawdę może sprawiać aż tak wielki ból siedzenia, żeby z tego powodu przekreślać cały serial. Moim zdaniem nie może. I nie powinna. To, nad czym faktycznie można się zastanawiać to sensowność wciągnięcia do fabuły wątku kryminalnego, zawiązującego się już w pierwszym odcinku serialu. Początkowo traktowany jest on jako motyw zupełnie poboczny, jednak z biegiem odcinków zaczyna zyskiwać na znaczeniu, coraz mocniej wpływając na zachowania i postawy bohaterów. Nie ulega wątpliwości iż dla fanów oglądających Vinyl tylko i wyłącznie ze względu na historię muzyczną, wątku „trupa wypadającego z szafy” w ogóle mogłoby nie być. Widać wyraźnie, że kwestia ta pojawia się jako ukłon w stronę szerszej widowni, która niekoniecznie kupiłaby opowieść stricte o amerykańskim rynku muzycznym. Tak jak mówię, wątek ten może wydawać się nieco doklejony, ale póki co nie ma większego powodu aby traktować go jako jakiś wielki minus serialu. Twórcom udało się wkomponować go w historię w sposób całkiem zgrabny.


Vinyl to bez wątpienia jedna z najmocniejszych premier tej wiosny, serialowa kwintesencja tego, co wyobrażamy sobie wymawiając nazwisko Scorsese. Wspaniali twórcy, dobre aktorstwo oraz ciekawa i przedstawiona z rozmachem historia sprawiają, że mamy do czynienia z produkcją, która spokojnie aspirować może w przyszłości do miana kultowej. Nie ulega wątpliwości iż serial ten ma potencjał na kilka sezonów (pierwotny pomysł Jaggera zakładał rozpisanie fabuły na kilkadziesiąt lat!!) z których każdy będzie wielkim wydarzeniem. Abstrahując jednak od dywagacji na temat przyszłości produkcji, to, co dostaliśmy w pierwszym sezonie niewątpliwie zasługuje na słowa uznania i wielkie brawa. Vinyl to pełnokrwista opowieść ukazująca kulisy branży muzycznej, stworzona przez tych, którzy na temacie znają się najbardziej. Wszystko to utrzymane w starym, dobrym scorsesowskim stylu. HBO dostarczyło nam rozrywki na najwyższym poziomie, której za nic nie powinno się przegapić. Hasło Sex, Drugs and Rock’n’roll w amerykańskiej telewizji od dawna nie przebrzmiewało tak aktualnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz