o mnie

poniedziałek, 21 marca 2016

"Tworzymy terror" czyli czwarty sezon House of Cards [recenzja]



Czwarty sezon House of Cards to jedna z najbardziej oczekiwanych produkcji serialowych tej wiosny. Premiera serii była momentem przełomowym również dla fanów w naszym kraju, ze względu na pojawienie się jej na polskim Netflixie. Co prawda bez napisów, no ale zawsze lepiej to niż nic. Kilka dni temu udało mi się dooglądać sezon do końca, co rzecz jasna poskutkować musiało tym wpisem. 

Biorąc pod uwagę, iż ilość klasycznych recenzji House of Cards jakie zalały Internet w ostatnim czasie jest ogromna, postanowiłam skupić się stricte na plusach i minusach jakie w moim przekonaniu niósł za sobą ten sezon. Nie ma spoilerów dotyczących treści, niemniej tekst jest zdecydowanie nastawiony na osoby będące z HoC w miarę na bieżąco, to znaczy mające pojęcie o tym, co działo się w sezonie trzecim. 


Na wstępie jednak powinnam zawrzeć tutaj kilka słów komentarza dotyczącego mojego generalnego stosunku do House of Cards.

Po pierwsze i najważniejsze, nie jestem i nigdy nie byłam jakąś ogromną fanką tego serialu. Jest to uwaga ważna głównie ze względu na branżę w której robię i w której robi większość moich znajomych-entuzjastów House of Cards. Produkcja ta od lat wywołuje wśród politologów, stosunkowców i innych zainteresowanych polityką dość skrajne emocje, przejawiające się w pierwszej kolejności rzucaniem się na nowe odcinki jak rolnik po dopłaty, dwie minuty po wrzuceniu sezonu do netu. Serio, liczba pytań o treści „widziałaś już nowy sezon HoC?” zadanych mi około 48h po premierze na Netflixie, była o wiele wyższa niż analogiczne zapytanie np. po premierze Gwiezdnych Wojen… No cóż. Zapoznanie się z całym sezonem zajęło mi dwa tygodnie a nie 48 godzin, ale i tak poczytuję sobie to za sukces. Nie traktujcie tego oczywiście jako zarzutu w stronę tych, którzy House of Cards uwielbiają, czekają z niecierpliwością na każdy sezon, zaczynają oglądanie gdy tylko się pojawi i łykają od razu wszystkie 13 odcinków. Każdy ma wszakże prawo do własnych sympatii i preferencji rozrywkowych. W moim przypadku HoC jest po prostu serialem, który z wielu powodów nadal chcę oglądać i oglądam, ale nie idzie za tym żadna głębsza ideologia ani ekscytacja. Niezależnie od tego jak bardzo wybitna była na pewnym etapie ta produkcja, political fiction nie jest gatunkiem którym byłabym w stanie ekscytować się tak bardzo jak fantastyką, serialami kryminalno-psychologicznymi czy nawet kostiumowcami z epoki. Piszę o tym głównie po to, aby w jakiś sposób wyjaśnić brak serduszkowania, emocji i generalnych ochów i achów związanych z pojawieniem się czwartego sezonu tego serialu.

Fakt, iż nie kocham HoC nie oznacza oczywiście, że podchodziłam do czwartego sezonu z negatywnym nastawieniem. Po (mówiąc delikatnie) bardzo średnim sezonie trzecim, naprawdę liczyłam że ta produkcja wróci na właściwe tory. W całkiem sporym stopniu nie zawiodłam się i to trzeba podkreślić zdecydowanie. Czwarty sezon HoC jest lepszy niż trzeci.



PLUSY CZWARTEGO SEZONU:


Skupienie się na polityce wewnętrznej i kampanii wyborczej
Twórcom House of Cards udało się w tym sezonie uciec od tego, co najbardziej bolało w trzecim sezonie – polityki międzynarodowej. Nie oszukujmy się, HoC zrobiło karierę głównie ze względu na ukazanie funkcjonowania mechanizmów władzy w polityce wewnętrznej USA. Osią przewodnią czwartego sezonu jest kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, a więc kwestia życia i śmierci z punktu widzenia pragnącego utrzymać swoje stanowisko Franka. Podobnie jak w sezonie pierwszym i drugim mamy więc wyraźnie sformułowany cel, do którego dążą Underwoodowie. Tego typu rozwiązania, będące swego rodzaju powrotem do korzeni, niosą za sobą ciekawsze, skuteczniejsze intrygi, oraz pozwalają pokazać to, w czym Underwoodowie są mistrzami. Podkreślić trzeba, że sam przebieg kampanii wyborczej pokazany jest w sposób całkiem zgrabny. W ciekawy sposób przedstawiono jak wielkie znaczenie odgrywają w dzisiejszych czasach technologia i media, i to nie tylko te konwencjonalne, ale i społecznościowe. Widać w niej doskonale, że do wygrania wyborów nie wystarczają już tylko pieniądze, setki uściśniętych dłoni i dziesiątki tysięcy przejechanych kilometrów. Konieczny jest spryt i pomysł na siebie. Wrzucenie Underwoodów w takie warunki sprawdza się o wiele bardziej niż opieranie fabuły na spotkaniach z głowami państw i negocjacjach na szczeblu ponadnarodowym.

Potraktowanie Claire i Franka Underwoodów jako równorzędnych postaci (plus z cieniem minusa)
Pierwsze dwa sezony House of Cards jednoznacznie skupiały się na Franku. To on był głównym rozgrywającym, jego żona stanowiła co najwyżej drugi plan i podporę. Sytuacja zmieniać się zaczęła nieco w sezonie trzecim, gdy zobaczyliśmy, że ambicje Claire wykraczają poza czysto reprezentacyjną funkcję pierwszej damy. Na to, jak poprowadzony został w trzecim sezonie wątek realizacji politycznych zakusów Claire najlepiej spuścić zasłonę milczenia, niemniej sama idea zwiększenia jej roli w serialu wcale nie była taka najgorsza. W czwartym sezonie pociągnięto ten pomysł. Rola Claire została rozbudowana do tego stopnia, że na pewnym etapie traktować można ją nie tylko jako postać równą swojemu mężowi, ale wręcz jako bohaterkę od której zależy więcej niż od Franka. Prawdopodobnie nie przesadzę też jeśli powiem, że odcinki w których tak właśnie się dzieje są najlepsze ze wszystkich które przyszło nam oglądać w ostatnich tygodniach. O tym, jak wielkie brawa należą się Robin Wright za występ w tym sezonie nie muszę nawet mówić, bo wysoki poziom w tym zakresie utrzymuje ona od lat. Claire i Frank są postaciami zagranymi perfekcyjnie, absolutnie wyrastając ponad wszelkie dyskusje na temat sensowności fabuły serialu. 

Muszę jednak jasno podkreślić, że mówiąc o zwiększeniu roli Claire jako o plusie całej fabuły, nie do końca mam na myśli kwestię ambicji politycznych pierwszej damy. Ambicje te (niestety) nadal istnieją i podobnie jak w sezonie trzecim, przekładają się na kuriozalne rozwiązania, całkowicie podważające wiarygodność serialu z punktu widzenia amerykańskiej praktyki politycznej. Myśleliście że Claire jako ambasadorka USA przy ONZ to była przeginka? Czekajcie na czwarty sezon…

Kandydat Partii Republikańskiej na prezydenta
Frank Underwood to Demokrata, na przełomie trzeciego i czwartego sezonu walczący o nominację prezydencką z ramienia swojej partii. Nie byłoby jednak rywalizacji, nie byłoby kampanii wyborczej, nie byłoby wyborów, gdyby nie konieczność ostatecznego zmierzenia się z politykiem pochodzącym z partii przeciwnej. W czwartym sezonie HoC poznajemy Willa Conwaya, weterana wojny w Iraku, gubernatora Nowego Yorku i kandydata Republikanów na prezydenta. Conway, wraz ze swoją pochodzącą z Anglii żoną Hannah, to całkowite przeciwieństwo Franka i Claire Underwoodów. Conwayowie to młode, dynamiczne małżeństwo z dwójką dzieci, sprawnie posługujące się mediami społecznościowymi i skrupulatnie budujące swój wizerunek ludzi otwartych, niemających nic do ukrycia. Na pierwszy rzut oka Conway jawi się jako polityk idealny, można byłoby go określić jako republikańską wersję Obamy połączonego z Justinem Trudeau. Z biegiem odcinków przekonujemy się jednak, że wcale nie jest on taki idealny, a rosnące słupki poparcia są efektem zgoła czegoś innego. Podobnie jak każdy polityk w serialu ucieka się on do cynicznych zachowań, kłamstwa i nieczystej gry. Duża pochwała należy się odgrywającemu rolę Conwaya Joelowi Kinnamanowi, który stworzył naprawdę świetną kreację, prawdopodobnie najciekawszego przeciwnika politycznego Underwoodów od czasu Petera Russo w pierwszym sezonie.

Dziennikarskie śledztwo

W czwartym sezonie pojawia się obiecujący z punktu widzenia przyszłości fabuły motyw dziennikarskiego śledztwa mającego odkryć manipulacje jakich dokonywał Frank Underwood przez ostatnie lata swojej politycznej kariery. Ciężar tego wątku został w dużym stopniu przesunięty w czasie, a co z niego wyniknie przekonamy się dopiero w piątym sezonie. Już teraz zapowiada się on jednak ciekawie. Mając w pamięci to, jak nieszczególnie kończyli dziennikarze próbujący grzebać w politycznej przeszłości Underwooda, i tym razem możemy być pewni że Frank podejmie wszelkie działania konieczne do uchronienia siebie i swojej kariery. Pytanie tylko, do którego momentu da się ukrywać te wszystkie zbrodnie, przestępstwa i nadużycia jakie ma on na sumieniu.

MINUSY CZWARTEGO SEZONU:

Pierwsze trzy odcinki
Co tu dużo mówić. Jeśli zaczęliście oglądać czwarty sezon House of Cards i macie za sobą mniej niż cztery pierwsze odcinki, zapewne nie uwierzycie w żaden z argumentów mogących sugerować, że w dalszym ciągu jest to dobry serial. Trzy pierwsze rozdziały stanowią tak naprawdę bezpośrednią kontynuację sezonu trzeciego, a jako iż (delikatnie mówiąc) nie był on powalający, sprawia to wszystko wrażenie przysłowiowego dożynania watahy, tyle że jest jeszcze bardziej nudne. Absolutny przełom, zwrot akcji i jakakolwiek sensowność fabularna zaczyna rysować się w odcinku czwartym i to od tego momentu można powiedzieć o tym sezonie coś konkretnego. Trzy pierwsze epizody są naprawdę bardzo nudne i nie wnoszą nic nowego. Z drugiej jednak strony ciężko winić twórców że wyciągnęli wnioski z krytyki płynącej do nich po poprzednim sezonie, próbując jak najszybciej podomykać nieudane wątki. No cóż. Powiedzieć mogę tyle, że mimo wszystko warto przemordować te pierwsze trzy godziny, bo nawet krytyka płynąca w stronę tego sezonu bardziej odnosi się do tego, co dzieje się później.

Coraz mniej przełamywania czwartej ściany
Tym, na czym wyrosło House of Cards było częste przełamywanie czwartej ściany przez głównego bohatera. Liczne były momenty, w których Frank zwracał się bezpośrednio do widza, czyniąc go nie tylko odbiorcą informacji, ale i powiernikiem przekrętów i zbrodni, których dokonywał. W czwartym sezonie twórcy serialu zdecydowali się na znaczne ograniczenie tego zabiegu, co niestety wcale nie wychodzi produkcji na plus. Oglądając HoC do tego stopnia przyzwyczailiśmy się do Underwooda komentującego rzeczywistość i dzielącego się z nami swoimi mądrościami, że dokładnie wiemy w jakich scenach możemy oczekiwać iż zwróci się on w stronę widza. Najnowszy sezon obfituje w momenty ważne, kontrowersyjne i odważne, gdzie jak nic pasowałaby kolejna wypowiedź Franka. Chcemy aby zwrócił się w naszą stronę, podobnie jak na początku drugiego sezonu mamy nadzieję, że ciągle o nas pamięta. No cóż. Pamiętać pamięta, ale oglądając kolejne kluczowe momenty pozostawione bez komentarza możemy mieć wrażenie, że popadł on w swego rodzaju amnezję. Ograniczone przełamywanie czwartej ściany w jakiś sposób obdziera House of Cards z wyjątkowości jaką niósł za sobą ten serial. Kolejne pokazywanie zakrojonych na coraz szerszą skalę intryg nie pozwala nam dociec co tak naprawdę siedzi w głowie bohatera. Wcześniej wiedzieliśmy, przynajmniej mniej więcej. Teraz bardzo tego brakuje.

Geopolityka
Frank Underwood jest prezydentem USA, największego mocarstwa na świecie. Zdaję sobie sprawę, że robiąc serial o człowieku sprawującym taką funkcję nie dało się uciec od wątków międzynarodowych, gdyż byłoby to całkowicie niewiarygodne. Chwała twórcom HoC, że w tym sezonie poświęcili kwestiom polityki światowej zdecydowanie mniej miejsca niż w sezonie trzecim, co nie oznacza jednak, że dobrze poradzili sobie z tym co pozostało. Nie chcę tutaj stawiać się w roli wyroczni od spraw międzynarodowych, ale śledzę tę tematykę w miarę na bieżąco od lat i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na płaszczyźnie geopolitycznej House of Cards jest jeszcze bardziej oderwane od rzeczywistości niż na szczeblu polityki krajowej. Bardzo mocno widać, że postrzeganie świata przez administrację Underwooda jest tak naprawdę kalką tego, czego dowiaduje się przeciętny Jones z telewizji czy gazet – uproszczoną, wręcz spłaszczoną wizją, zrozumiałą jednak dla każdego. Już w trzecim sezonie zdążyliśmy się zorientować, że w uniwersum House of Cards (trochę lękam się nazywać to naszym światem), poza USA istnieją tylko Chiny, Rosja, terroryści na Bliskim Wschodzie i enigmatyczny ONZ, który skupia całą resztę i w zasadzie nie robi nic. Ktoś mógłby powiedzieć, że w istocie tak jest, bo przecież to właśnie USA, Rosja i Chiny to kluczowi gracze liczący się w polityce międzynarodowej. Jasne, możemy powiedzieć to my, patrząc o kim mówi się w telewizji i co się pisze Internecie. Ale czy administracja amerykańska myśli w ten sposób? Czy zajmuje się tylko i wyłącznie takimi sprawami? Czy jedyną alternatywą dla Rosji są zdaniem Białego Domu Chiny? Szanujmy się.

Underwoodowie jako geniusze zła
Paradoksalnie, tym co srogo przeraża mnie w House of Cards jest coraz mocniejsze podkreślanie, jak bardzo pozbawionymi zasad moralnych ludźmi są Underwoodowie. Wiem, zaraz ktoś może stwierdzić że urwałam się z choinki i zorientowałam się rychło w czas, bo przecież o tym, że Frank nie ma skrupułów wiemy już od jakichś 30 odcinków. Nie zaprzeczam. To, że Underwood zdolny jest oszukiwać, manipulować a nawet zabijać w imię wyższych w jego przekonaniu celów jest faktem powszechnie znanym każdemu widzowi HoC. Zgoda. Niemniej jednak wydarzenia pokazane w czwartym sezonie, a raczej to w jaką stronę podążają Frank i Claire skłaniają mnie do przemyśleń, czy aby serial ten nie zaczyna pożerać własnego ogona. Oglądając kolejne odcinki trudno w pewnym momencie nie zadać sobie pytania o to, gdzie jest granica. Po chwili namysłu większość dojdzie zapewne do wniosku, że dla Underwoodów owych granic nie ma. Skoro nie ma granic, nie ma też moralności i praktycznie żadnych rozterek. Na etapie na którym znaleźli się Frank i Claire zaczynamy mówić już o grze zero-jedynkowej, gdzie bycie szczerym łączyłoby się z zagrożeniem utraty absolutnie wszystkiego. Takie postawienie sprawy czyni fabułę serialu psychologicznie linearną, a wręcz ubogą. Cokolwiek się nie stanie, mamy przecież świadomość że Underwoodowie nie zwątpią i zrobią wszystko co tylko muszą aby osiągnąć cel. Pięknie wyraża to zdanie wypowiedziane przez Clarie w jednym z odcinków czwartego sezonu (cytuję z głowy): Wiesz jaka jest nasza nad nimi przewaga? My nie cofniemy się przed niczym. Faktem jest, że stworzenie Underwoodów jako antybohaterów, postaci cynicznych i zepsutych tak jak sama polityka, stanowi jedno z założeń całego serialu, i trudno z nim polemizować. Oglądając czwarty sezon miałam jednak momentami wątpliwości co do tego, czy kreacja ta nie jest aby przeszarżowana i czy w dalszym ciągu mówić możemy o prawdziwych ludziach, a nie o zimnych i pozbawionych wszelkich uczuć maszynach.

Drugi plan
Czwarty sezon House of Cards należy w tym samym stopniu do Franka co i do Claire, a jedynymi którzy na poziomie kreacji postaci są w stanie im dorównać są wspominani wcześniej Will i Hannah Conwayowie. Zasadniczo stwierdzenie to poszerzyć można o kolejne, że jedynymi sensownymi postaciami drugoplanowymi w tym sezonie są bohaterowie nowo wprowadzeni, których rola ogranicza się do krótkich epizodów w ramach sezonu. Wymienić tutaj można chociażby matkę Claire, zasiadającą w kongresie reprezentantkę Teksasu Doris Jones oraz jej córkę Celię. Mam jednak podejrzenie, że pozytywny odbiór tych postaci wynika w pewnym stopniu z faktu, iż stanowią one nową jakość, dodając świeżości wyjątkowo zastanej w tym sezonie ekipie kręcącej się wokół Underwoodów. Wielkim rozczarowaniem jest dla mnie Doug Stamper, który w poprzednich sezonach (nawet w trzecim) miał ciekawą, momentami autonomiczną historię. W czwartym został on sprowadzony do roli „typowego goryla”, załatwiającego za Franka całą brudną robotę, w dodatku coraz mniej finezyjnymi metodami. Co więcej, twórcy wymyślili wciągnięcie go w kolejną relację damsko-męską, podobnie jak z Rachel patologiczną i skazaną na niepowodzenie już u samych podstaw. Strasznie zmarnowany został potencjał Jackie Sharp i Remy’ego Dantona, którzy w przeciągu całego sezonu pojawiają się tylko po to, aby widzowie nie zapomnieli jak dużą rolę ogrywali oni wcześniej. Całkowicie wtórny występ zaliczył odgrywający rolę prezydenta Rosji Lars Mikkelsen, którego postać nie zaskoczyła absolutnie niczym, będąc nudną nawet na tle reszty drugiego planu. W czwartym sezonie powraca również pisarz Tom Yates, którego wątek jest dla mnie tak totalnie bez sensu i tak niezrozumiały, że serio nie wiem co powiedzieć. Kto widział ten wie. Wyhajpowana w trzecim sezonie Heather Dunbar została poprowadzona w sposób tak mdły i tak bez sensu, że trudno o niej w ogóle pamiętać. Apropo pamiętania, czwarty sezon wprowadza też nową postać generała Brockarta, który mógłby wprowadzać ciekawą perspektywę, ale zamiast tego służy jedynie pokazaniu, jak bardzo nie nadaje się on do świata polityki i łatwo wszyscy robią go w konia.  Obowiązek nakazuje mi wspomnieć, że poza wymienionymi powyżej postaciami, które totalnie mnie zawiodły, jest też szereg całkiem przyzwoitych bohaterów, takich jak wiceprezydent Donald Blythe, sekretarz stanu Catherine Durant, specjalistka od kampanii wyborczych Leann Harvey. Nie oszukujmy się jednak, nie są to kreacje decydujące o poziomie serialu, mogące w jakikolwiek sposób przyciągnąć do niego widzów.
Ważny komentarz. Powyższe uwagi dotyczące postaci drugoplanowych nie dotyczą Setha Graysona. Sytuacja przedstawia się tak, że uwielbiam Setha Graysona. To jest chyba jedyna postać, która trzymała mnie przy HoC w trzecim sezonie, a w czwartym jest on tak bardzo lepszy od Douga, że nie mam w ogóle słów. Serio. Czuję się wielkim hipsterem, ale nikt nie przekona mnie że można tam lubić kogoś innego.


Nie będę oszukiwać, że dla czwartego sezonu HoC warto nadrabiać wszystkie trzy wcześniejsze (chociaż tak naprawdę to warto, bo pierwsze dwa są znakomite), ale jeśli zastanawialiście się czy nie porzucić serialu rok temu, powiedzieć mogę z czystym sumieniem, że póki co warto dalej oglądać. Nie będę też naginać faktów sugerując, że formuła House of Cards okazała się niewyczerpywana. Na piąty sezon czekać będę jednak z większą niż sama się spodziewałam niecierpliwością. Ciekawi mnie czy Underwoodowie faktycznie zatriumfują, tym bardziej że w tym momencie nie mówimy już tylko o polityce, ale o walce dobra ze złem. Trochę to wszystko przypomina postacie z Makbeta... No cóż. Skłamałabym gdybym powiedziała, że trzymam kciuki za Franka i Claire.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz