Czwarty sezon House of Cards to jedna z najbardziej oczekiwanych
produkcji serialowych tej wiosny. Premiera serii była momentem przełomowym
również dla fanów w naszym kraju, ze względu na pojawienie się jej na polskim
Netflixie. Co prawda bez napisów, no ale zawsze lepiej to niż nic. Kilka dni
temu udało mi się dooglądać sezon do końca, co rzecz jasna poskutkować musiało
tym wpisem.
Biorąc pod uwagę, iż ilość klasycznych recenzji House of Cards jakie
zalały Internet w ostatnim czasie jest ogromna, postanowiłam skupić się stricte
na plusach i minusach jakie w moim przekonaniu niósł za sobą ten sezon. Nie ma
spoilerów dotyczących treści, niemniej tekst jest zdecydowanie nastawiony na
osoby będące z HoC w miarę na bieżąco, to znaczy mające pojęcie o tym, co
działo się w sezonie trzecim.
![]() |
Na wstępie jednak powinnam zawrzeć tutaj kilka słów komentarza
dotyczącego mojego generalnego stosunku do House of Cards.
Po pierwsze i najważniejsze, nie jestem i nigdy nie byłam jakąś
ogromną fanką tego serialu. Jest to uwaga ważna głównie ze względu na branżę w
której robię i w której robi większość moich znajomych-entuzjastów House of
Cards. Produkcja ta od lat wywołuje wśród politologów, stosunkowców i innych zainteresowanych
polityką dość skrajne emocje, przejawiające się w pierwszej kolejności
rzucaniem się na nowe odcinki jak rolnik po dopłaty, dwie minuty po wrzuceniu
sezonu do netu. Serio, liczba pytań o treści „widziałaś już nowy sezon HoC?”
zadanych mi około 48h po premierze na Netflixie, była o wiele wyższa niż
analogiczne zapytanie np. po premierze Gwiezdnych Wojen… No cóż. Zapoznanie się
z całym sezonem zajęło mi dwa tygodnie a nie 48 godzin, ale i tak poczytuję
sobie to za sukces. Nie traktujcie tego oczywiście jako zarzutu w stronę tych,
którzy House of Cards uwielbiają, czekają z niecierpliwością na każdy sezon,
zaczynają oglądanie gdy tylko się pojawi i łykają od razu wszystkie 13
odcinków. Każdy ma wszakże prawo do własnych sympatii i preferencji
rozrywkowych. W moim przypadku HoC jest po prostu serialem, który z wielu powodów
nadal chcę oglądać i oglądam, ale nie idzie za tym żadna głębsza ideologia ani
ekscytacja. Niezależnie od tego jak bardzo wybitna była na pewnym etapie ta
produkcja, political fiction nie jest gatunkiem którym byłabym w stanie
ekscytować się tak bardzo jak fantastyką, serialami kryminalno-psychologicznymi
czy nawet kostiumowcami z epoki. Piszę o tym głównie po to, aby w jakiś sposób
wyjaśnić brak serduszkowania, emocji i generalnych ochów i achów związanych z
pojawieniem się czwartego sezonu tego serialu.
Fakt, iż nie kocham HoC nie oznacza oczywiście, że podchodziłam do
czwartego sezonu z negatywnym nastawieniem. Po (mówiąc delikatnie) bardzo
średnim sezonie trzecim, naprawdę liczyłam że ta produkcja wróci na właściwe
tory. W całkiem sporym stopniu nie zawiodłam się i to trzeba podkreślić
zdecydowanie. Czwarty sezon HoC jest lepszy niż trzeci.
PLUSY CZWARTEGO SEZONU:
Twórcom House of Cards udało się w tym sezonie uciec od tego, co
najbardziej bolało w trzecim sezonie – polityki międzynarodowej. Nie oszukujmy
się, HoC zrobiło karierę głównie ze względu na ukazanie funkcjonowania
mechanizmów władzy w polityce wewnętrznej USA. Osią przewodnią czwartego sezonu
jest kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, a więc kwestia życia i
śmierci z punktu widzenia pragnącego utrzymać swoje stanowisko Franka. Podobnie
jak w sezonie pierwszym i drugim mamy więc wyraźnie sformułowany cel, do
którego dążą Underwoodowie. Tego typu rozwiązania, będące swego rodzaju powrotem do korzeni, niosą za sobą ciekawsze, skuteczniejsze
intrygi, oraz pozwalają pokazać to, w czym Underwoodowie są mistrzami. Podkreślić
trzeba, że sam przebieg kampanii wyborczej pokazany jest w sposób całkiem
zgrabny. W ciekawy sposób przedstawiono jak wielkie znaczenie odgrywają w
dzisiejszych czasach technologia i media, i to nie tylko te konwencjonalne, ale
i społecznościowe. Widać w niej doskonale, że do wygrania wyborów nie
wystarczają już tylko pieniądze, setki uściśniętych dłoni i dziesiątki tysięcy
przejechanych kilometrów. Konieczny jest spryt i pomysł na siebie. Wrzucenie
Underwoodów w takie warunki sprawdza się o wiele bardziej niż opieranie fabuły
na spotkaniach z głowami państw i negocjacjach na szczeblu ponadnarodowym.
Pierwsze dwa sezony House of Cards jednoznacznie skupiały się na
Franku. To on był głównym rozgrywającym, jego żona stanowiła co najwyżej drugi
plan i podporę. Sytuacja zmieniać się zaczęła nieco w sezonie trzecim, gdy
zobaczyliśmy, że ambicje Claire wykraczają poza czysto reprezentacyjną funkcję
pierwszej damy. Na to, jak poprowadzony został w trzecim sezonie wątek
realizacji politycznych zakusów Claire najlepiej spuścić zasłonę milczenia,
niemniej sama idea zwiększenia jej roli w serialu wcale nie była taka najgorsza.
W czwartym sezonie pociągnięto ten pomysł. Rola Claire została rozbudowana do
tego stopnia, że na pewnym etapie traktować można ją nie tylko jako postać równą
swojemu mężowi, ale wręcz jako bohaterkę od której zależy więcej niż od Franka.
Prawdopodobnie nie przesadzę też jeśli powiem, że odcinki w których tak właśnie
się dzieje są najlepsze ze wszystkich które przyszło nam oglądać w ostatnich
tygodniach. O tym, jak wielkie brawa należą się Robin Wright za występ w tym
sezonie nie muszę nawet mówić, bo wysoki poziom w tym zakresie utrzymuje ona od
lat. Claire i Frank są postaciami zagranymi perfekcyjnie, absolutnie wyrastając
ponad wszelkie dyskusje na temat sensowności fabuły serialu.
Muszę jednak jasno podkreślić, że mówiąc o zwiększeniu roli Claire
jako o plusie całej fabuły, nie do końca mam na myśli kwestię ambicji
politycznych pierwszej damy. Ambicje te (niestety) nadal istnieją i podobnie
jak w sezonie trzecim, przekładają się na kuriozalne rozwiązania, całkowicie
podważające wiarygodność serialu z punktu widzenia amerykańskiej praktyki politycznej.
Myśleliście że Claire jako ambasadorka USA przy ONZ to była przeginka?
Czekajcie na czwarty sezon…
Frank Underwood to Demokrata, na przełomie trzeciego i czwartego
sezonu walczący o nominację prezydencką z ramienia swojej partii. Nie byłoby
jednak rywalizacji, nie byłoby kampanii wyborczej, nie byłoby wyborów, gdyby nie
konieczność ostatecznego zmierzenia się z politykiem pochodzącym z partii przeciwnej.
W czwartym sezonie HoC poznajemy Willa Conwaya, weterana wojny w Iraku, gubernatora
Nowego Yorku i kandydata Republikanów na prezydenta. Conway, wraz ze swoją
pochodzącą z Anglii żoną Hannah, to całkowite przeciwieństwo Franka i Claire
Underwoodów. Conwayowie to młode, dynamiczne małżeństwo z dwójką dzieci,
sprawnie posługujące się mediami społecznościowymi i skrupulatnie budujące swój
wizerunek ludzi otwartych, niemających nic do ukrycia. Na pierwszy rzut oka
Conway jawi się jako polityk idealny, można byłoby go określić jako
republikańską wersję Obamy połączonego z Justinem Trudeau. Z biegiem odcinków
przekonujemy się jednak, że wcale nie jest on taki idealny, a rosnące słupki
poparcia są efektem zgoła czegoś innego. Podobnie jak każdy polityk w serialu
ucieka się on do cynicznych zachowań, kłamstwa i nieczystej gry. Duża pochwała
należy się odgrywającemu rolę Conwaya Joelowi Kinnamanowi, który stworzył
naprawdę świetną kreację, prawdopodobnie najciekawszego przeciwnika
politycznego Underwoodów od czasu Petera Russo w pierwszym sezonie.
W czwartym sezonie pojawia się obiecujący z punktu widzenia
przyszłości fabuły motyw dziennikarskiego śledztwa mającego odkryć manipulacje
jakich dokonywał Frank Underwood przez ostatnie lata swojej politycznej
kariery. Ciężar tego wątku został w dużym stopniu przesunięty w czasie, a co z
niego wyniknie przekonamy się dopiero w piątym sezonie. Już teraz zapowiada się
on jednak ciekawie. Mając w pamięci to, jak nieszczególnie kończyli dziennikarze
próbujący grzebać w politycznej przeszłości Underwooda, i tym razem możemy być
pewni że Frank podejmie wszelkie działania konieczne do uchronienia siebie i
swojej kariery. Pytanie tylko, do którego momentu da się ukrywać te wszystkie zbrodnie,
przestępstwa i nadużycia jakie ma on na sumieniu.
MINUSY CZWARTEGO SEZONU:
Co tu dużo mówić. Jeśli zaczęliście oglądać czwarty sezon House of
Cards i macie za sobą mniej niż cztery pierwsze odcinki, zapewne nie uwierzycie
w żaden z argumentów mogących sugerować, że w dalszym ciągu jest to dobry
serial. Trzy pierwsze rozdziały stanowią tak naprawdę bezpośrednią kontynuację sezonu
trzeciego, a jako iż (delikatnie mówiąc) nie był on powalający, sprawia to
wszystko wrażenie przysłowiowego dożynania watahy, tyle że jest jeszcze
bardziej nudne. Absolutny przełom, zwrot akcji i jakakolwiek sensowność
fabularna zaczyna rysować się w odcinku czwartym i to od tego momentu można powiedzieć
o tym sezonie coś konkretnego. Trzy pierwsze epizody są naprawdę bardzo nudne i
nie wnoszą nic nowego. Z drugiej jednak strony ciężko winić twórców że
wyciągnęli wnioski z krytyki płynącej do nich po poprzednim sezonie, próbując
jak najszybciej podomykać nieudane wątki. No cóż. Powiedzieć mogę tyle, że mimo
wszystko warto przemordować te pierwsze trzy godziny, bo nawet krytyka płynąca
w stronę tego sezonu bardziej odnosi się do tego, co dzieje się później.
Tym, na czym wyrosło House of Cards było częste przełamywanie czwartej
ściany przez głównego bohatera. Liczne były momenty, w których Frank zwracał
się bezpośrednio do widza, czyniąc go nie tylko odbiorcą informacji, ale i
powiernikiem przekrętów i zbrodni, których dokonywał. W czwartym sezonie twórcy
serialu zdecydowali się na znaczne ograniczenie tego zabiegu, co niestety wcale
nie wychodzi produkcji na plus. Oglądając HoC do tego stopnia przyzwyczailiśmy
się do Underwooda komentującego rzeczywistość i dzielącego się z nami swoimi
mądrościami, że dokładnie wiemy w jakich scenach możemy oczekiwać iż zwróci się
on w stronę widza. Najnowszy sezon obfituje w momenty ważne, kontrowersyjne i
odważne, gdzie jak nic pasowałaby kolejna wypowiedź Franka. Chcemy aby zwrócił
się w naszą stronę, podobnie jak na początku drugiego sezonu mamy nadzieję, że ciągle
o nas pamięta. No cóż. Pamiętać pamięta, ale oglądając kolejne kluczowe momenty
pozostawione bez komentarza możemy mieć wrażenie, że popadł on w swego rodzaju
amnezję. Ograniczone przełamywanie czwartej ściany w jakiś sposób obdziera
House of Cards z wyjątkowości jaką niósł za sobą ten serial. Kolejne
pokazywanie zakrojonych na coraz szerszą skalę intryg nie pozwala nam dociec co
tak naprawdę siedzi w głowie bohatera. Wcześniej wiedzieliśmy, przynajmniej
mniej więcej. Teraz bardzo tego brakuje.
Frank Underwood jest prezydentem USA, największego mocarstwa na
świecie. Zdaję sobie sprawę, że robiąc serial o człowieku sprawującym taką
funkcję nie dało się uciec od wątków międzynarodowych, gdyż byłoby to
całkowicie niewiarygodne. Chwała twórcom HoC, że w tym sezonie poświęcili
kwestiom polityki światowej zdecydowanie mniej miejsca niż w sezonie trzecim,
co nie oznacza jednak, że dobrze poradzili sobie z tym co pozostało. Nie chcę
tutaj stawiać się w roli wyroczni od spraw międzynarodowych, ale śledzę tę tematykę
w miarę na bieżąco od lat i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na
płaszczyźnie geopolitycznej House of Cards jest jeszcze bardziej oderwane od
rzeczywistości niż na szczeblu polityki krajowej. Bardzo mocno widać, że
postrzeganie świata przez administrację Underwooda jest tak naprawdę kalką
tego, czego dowiaduje się przeciętny Jones z telewizji czy gazet – uproszczoną,
wręcz spłaszczoną wizją, zrozumiałą jednak dla każdego. Już w trzecim sezonie
zdążyliśmy się zorientować, że w uniwersum House of Cards (trochę lękam się
nazywać to naszym światem), poza USA istnieją tylko Chiny, Rosja, terroryści na
Bliskim Wschodzie i enigmatyczny ONZ, który skupia całą resztę i w zasadzie nie
robi nic. Ktoś mógłby powiedzieć, że w istocie tak jest, bo przecież to właśnie
USA, Rosja i Chiny to kluczowi gracze liczący się w polityce międzynarodowej.
Jasne, możemy powiedzieć to my, patrząc o kim mówi się w telewizji i co się pisze
Internecie. Ale czy administracja amerykańska myśli w ten sposób? Czy zajmuje
się tylko i wyłącznie takimi sprawami? Czy jedyną alternatywą dla Rosji są
zdaniem Białego Domu Chiny? Szanujmy się.
Paradoksalnie, tym co srogo przeraża mnie w House of Cards jest coraz
mocniejsze podkreślanie, jak bardzo pozbawionymi zasad moralnych ludźmi są
Underwoodowie. Wiem, zaraz ktoś może stwierdzić że urwałam się z choinki i
zorientowałam się rychło w czas, bo przecież o tym, że Frank nie ma skrupułów
wiemy już od jakichś 30 odcinków. Nie zaprzeczam. To, że Underwood zdolny jest
oszukiwać, manipulować a nawet zabijać w imię wyższych w jego przekonaniu celów
jest faktem powszechnie znanym każdemu widzowi HoC. Zgoda. Niemniej jednak wydarzenia
pokazane w czwartym sezonie, a raczej to w jaką stronę podążają Frank i Claire
skłaniają mnie do przemyśleń, czy aby serial ten nie zaczyna pożerać własnego ogona.
Oglądając kolejne odcinki trudno w pewnym momencie nie zadać sobie pytania o
to, gdzie jest granica. Po chwili namysłu większość dojdzie zapewne do wniosku,
że dla Underwoodów owych granic nie ma. Skoro nie ma granic, nie ma też moralności
i praktycznie żadnych rozterek. Na etapie na którym znaleźli się Frank i Claire
zaczynamy mówić już o grze zero-jedynkowej, gdzie bycie szczerym łączyłoby się
z zagrożeniem utraty absolutnie wszystkiego. Takie postawienie sprawy czyni
fabułę serialu psychologicznie linearną, a wręcz ubogą. Cokolwiek się nie
stanie, mamy przecież świadomość że Underwoodowie nie zwątpią i zrobią wszystko
co tylko muszą aby osiągnąć cel. Pięknie wyraża to zdanie wypowiedziane przez
Clarie w jednym z odcinków czwartego sezonu (cytuję z głowy): Wiesz jaka jest
nasza nad nimi przewaga? My nie cofniemy się przed niczym. Faktem jest, że
stworzenie Underwoodów jako antybohaterów, postaci cynicznych i zepsutych tak
jak sama polityka, stanowi jedno z założeń całego serialu, i trudno z nim
polemizować. Oglądając czwarty sezon miałam jednak momentami wątpliwości co do
tego, czy kreacja ta nie jest aby przeszarżowana i czy w dalszym ciągu mówić
możemy o prawdziwych ludziach, a nie o zimnych i pozbawionych wszelkich uczuć
maszynach.
Czwarty sezon House of Cards należy w tym samym stopniu do Franka co i
do Claire, a jedynymi którzy na poziomie kreacji postaci są w stanie im dorównać
są wspominani wcześniej Will i Hannah Conwayowie. Zasadniczo stwierdzenie to
poszerzyć można o kolejne, że jedynymi sensownymi postaciami drugoplanowymi w
tym sezonie są bohaterowie nowo wprowadzeni, których rola ogranicza się do
krótkich epizodów w ramach sezonu. Wymienić tutaj można chociażby matkę Claire,
zasiadającą w kongresie reprezentantkę Teksasu Doris Jones oraz jej córkę Celię.
Mam jednak podejrzenie, że pozytywny odbiór tych postaci wynika w pewnym
stopniu z faktu, iż stanowią one nową jakość, dodając świeżości wyjątkowo zastanej
w tym sezonie ekipie kręcącej się wokół Underwoodów. Wielkim rozczarowaniem
jest dla mnie Doug Stamper, który w poprzednich sezonach (nawet w trzecim) miał
ciekawą, momentami autonomiczną historię. W czwartym został on sprowadzony do
roli „typowego goryla”, załatwiającego za Franka całą brudną robotę, w dodatku
coraz mniej finezyjnymi metodami. Co więcej, twórcy wymyślili wciągnięcie go w
kolejną relację damsko-męską, podobnie jak z Rachel patologiczną i skazaną na
niepowodzenie już u samych podstaw. Strasznie zmarnowany został potencjał
Jackie Sharp i Remy’ego Dantona, którzy w przeciągu całego sezonu pojawiają się
tylko po to, aby widzowie nie zapomnieli jak dużą rolę ogrywali oni wcześniej. Całkowicie
wtórny występ zaliczył odgrywający rolę prezydenta Rosji Lars Mikkelsen,
którego postać nie zaskoczyła absolutnie niczym, będąc nudną nawet na tle
reszty drugiego planu. W czwartym sezonie powraca również pisarz Tom Yates,
którego wątek jest dla mnie tak totalnie bez sensu i tak niezrozumiały, że
serio nie wiem co powiedzieć. Kto widział ten wie. Wyhajpowana w trzecim
sezonie Heather Dunbar została poprowadzona w sposób tak mdły i tak bez sensu,
że trudno o niej w ogóle pamiętać. Apropo pamiętania, czwarty sezon wprowadza
też nową postać generała Brockarta, który mógłby wprowadzać ciekawą
perspektywę, ale zamiast tego służy jedynie pokazaniu, jak bardzo nie nadaje
się on do świata polityki i łatwo wszyscy robią go w konia. Obowiązek nakazuje mi wspomnieć, że poza wymienionymi powyżej
postaciami, które totalnie mnie zawiodły, jest też szereg całkiem przyzwoitych
bohaterów, takich jak wiceprezydent Donald Blythe, sekretarz stanu Catherine
Durant, specjalistka od kampanii wyborczych Leann Harvey. Nie oszukujmy się
jednak, nie są to kreacje decydujące o poziomie serialu, mogące w jakikolwiek
sposób przyciągnąć do niego widzów.
Ważny komentarz. Powyższe uwagi dotyczące postaci
drugoplanowych nie dotyczą Setha Graysona. Sytuacja przedstawia się tak, że uwielbiam
Setha Graysona. To jest chyba jedyna postać, która trzymała mnie przy HoC w
trzecim sezonie, a w czwartym jest on tak bardzo lepszy od Douga, że nie mam w
ogóle słów. Serio. Czuję się wielkim hipsterem, ale nikt nie przekona mnie że
można tam lubić kogoś innego.
![]() |
Nie będę oszukiwać, że dla czwartego sezonu HoC warto nadrabiać
wszystkie trzy wcześniejsze (chociaż tak naprawdę to warto, bo pierwsze dwa są
znakomite), ale jeśli zastanawialiście się czy nie porzucić serialu rok temu,
powiedzieć mogę z czystym sumieniem, że póki co warto dalej oglądać. Nie będę
też naginać faktów sugerując, że formuła House of Cards okazała się niewyczerpywana.
Na piąty sezon czekać będę jednak z większą niż sama się spodziewałam niecierpliwością.
Ciekawi mnie czy Underwoodowie faktycznie zatriumfują, tym bardziej że w tym
momencie nie mówimy już tylko o polityce, ale o walce dobra ze złem. Trochę to
wszystko przypomina postacie z Makbeta... No cóż. Skłamałabym gdybym powiedziała,
że trzymam kciuki za Franka i Claire.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz