o mnie

poniedziałek, 1 lutego 2016

We go together, czyli Grease Live podbija ekrany [recenzja]



Grease to klasyka wśród musicali. Jeden z tych tytułów, o których słyszał każdy, nawet jeśli pięć minut temu spadł z księżyca. Historia nastolatków z amerykańskiego ogólniaka Rydell High School od lat bawi i inspiruje. Piosenki z musicalu są tak znane i tak lubiane, że naprawdę trudno mi uwierzyć w istnienie osób, które chociaż raz nie bawiły się przy „You’re the one that I want” czy „Summer nights”. Nie ma się co dziwić, że informacja o przygotowywaniu przez amerykańską stację FOX Grease na żywo zelektryzowała całe pokolenia fanów popkultury. Trzeba powiedzieć, że doświadczenia z podobnymi telewizyjnymi wersjami musicali na żywo ma już stacja NBC, która pokazała między innymi Dźwięki Muzyki oraz Piotrusia Pana. O ile jednak owe dwa tytuły traktować można jako mniej bądź bardziej niszowe pozycje dla fanów musicali, tak Grease to naprawdę wielka sprawa, obok której trudno jest przejść obojętnie. Nie będę oryginalna jeśli powiem, że  filmowa wersja z 1978 r. jest jednym z moich ulubionych musicali i widziałam go chyba z piętnaście razy, o ile nie więcej. Nie będzie dziwił również fakt, że wyemitowany wczoraj Grease Live był dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń popkulturowych stycznia.

Wpis dedykuję moim amerykanistycznym Besties, dzięki którym czekanie na wczorajszy show było 100 razy przyjemniejsze. We go together! <3



Zasiadając do oglądania Grease Live myślałam sobie, że ostatnią rzeczą jaką poczynić będzie można w tym wpisie będzie próba porównania wersji telewizyjnej do oryginalnej wersji filmowej. Takie analizy nie są przecież możliwe. Jak wiadomo, produkcje filmowe i spektakle na żywo rządzą się zupełnie innymi prawami i dysponują innymi środkami. Inna jest także skala, wiadomo. Oczywiście, w przypadku Grease te wszystkie założenia są prawdziwe i w dalszym ciągu nie zamierzam opierać recenzji na bezpośrednim odnoszeniu jednej produkcji do drugiej w skali 1 do 1. Mimo to, chyba najbardziej zaskakującym momentem w czasie oglądania Grease Live jest chwila, w której człowiek uświadamia sobie, że produkcja ta czerpie z dorobku filmowego o wiele więcej niż można byłoby się spodziewać. 


Jak to w ogóle możliwe? Podobni bohaterowie? Te same piosenki? Nie, wcale nie to sprawia, że Grease Live zdecydowanie bliżej jest do wersji filmowej niż jakiejkolwiek teatralnej adaptacji tego musicalu. Ekranizacja pokazana przez FOX wyznacza zupełnie nowe, najwyższe do tej pory standardy tego, jak wyglądać może musical na żywo. Naprawdę. Pod każdym względem. Warner Bros Studio w Los Angeles nie stanowiło jedynie pomieszczenia, w którym ustawiono scenę mającą sprawiać wrażenie korytarzy Rydell High. Ten budunek STAŁ SIĘ Rydell High. Reżyser spektaklu Tommy Kail zdecydował się na połączenie tradycyjnego spektaklu teatralnego z magią telewizji, dostarczając widzom niepowtarzalnych wrażeń. Niezliczone ilości kamer chwytających każdy najważniejszy moment widowiska pozwoliły na osiągnięcie efektu „wejścia w fabułę”. Kail całkowicie zrezygnował z czwartej ściany, wpuszczając w przestrzeń spektaklu publiczność, będącą nie tylko odbiorcą przedstawienia, ale żywą jego częścią. Grease Live to więcej niż przedstawienie teatralne filmowane na żywo. To jest show. Epicki produkt powstały w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Malkontenci powiedzieć mogą, że w przypadku Grease stosunkowo łatwo jest stworzyć przestrzeń podobną plenerom filmowym, gdyż akcja nie dzieje się w rozległych przestrzeniach, nikt nie biega po łąkach, nie lata po Nibylandii i generalnie wszystko dzieje się w szkole, podobnej do której w samych USA jest pewnie setki. To prawda. Grease to zasadniczo dość prosta historia przeciętnych amerykańskich nastolatków przełomu lat 50. i 60. Nie można jednak nie oddać twórcom Grease Live wyjątkowego rozmachu z jakim zdecydowali się przygotować swoją ekranizację. Sam fakt, że sceny dziejące się na zewnątrz w dużym stopniu NAPRAWDĘ dzieją się na tyłach studia w Los Angeles, scenografia zmienia się kilkadziesiąt razy w czasie całego show, a przestrzeń w której odbywa się wydarzenie nie dzieli się ściśle na część do grania i część dla widzów, doskonale pokazuje jak daleko w stosunku do tego co widzieliśmy do tej pory poszło Grease. Co więcej, w przeciwieństwie do klasycznych przedstawień teatralnych pokazywanych na żywo, doświadczenie osoby oglądającej transmisję w telewizji musiało być diametralnie różne od takiej, która była i widziała na własne oczy. Diametralnie. Ogromnie zazdroszczę wszystkim którzy się załapali na oglądanie Grease Live w wersji prawdziwie live. To musiało być epickie przeżycie.

Sceny na zewnątrz NAPRAWDĘ działy się poza budynkiem.
Zatrzymując się jeszcze na chwilę przy kwestii ogólnej estetyki show, trzeba zwrócić uwagę na kolejny niewątpliwy plus Grease na żywo. Spektakl ten w sposób perfekcyjny łączy znaną i lubianą przez wszystkich estetykę amerykańskich lat 50. z tym co mamy współcześnie. Trudno nie zauważyć szeregu oldschoolowych elementów kojarzących się amerykańską kulturą okresu powojennego, takich jak samochodowe kino, maszyny do lodów, cukierki, lizaki, rozkloszowane sukienki. Ludzie odpowiedzialni za scenografię i kostiumy zrobili jednak fenomenalną robotę w postaci takiego dostosowania tych wszystkich elementów, aby nie wyglądały one archaicznie. To prawda, współczesne nastolatki w większości ubierają się do szkoły inaczej, ale gdyby ktoś przyszedł wystrojony tak, jak bohaterowie Grease Live, raczej nie zostałby posądzony o bycie totalnym kosmitą. Niesamowitą współczesność widać szczególnie w trakcie promu, który na poziomie wizualnym niewiele różni się od analogicznych imprez pokazywanych w innych filmach dla nastolatków. Dzięki temu, nieco paradoksalnie, łatwiej nam utożsamić się z bohaterami Grease na żywo niż z oryginalną wersją filmową.


Przejdźmy teraz do kwestii, która wszystkich fanów Grease interesuje chyba najbardziej. Obsady. Przypominam, mówimy o musicalu w którym kultowe, naprawdę kultowe role zagrali John Travolta i Olivia Newton-John. Wielu ludzi nie jest w stanie wyobrazić sobie kogokolwiek innego jako Danny’ego Zuko i Sandy Olsson. Tym trudniejsze zadanie przypadło wycastowanym do tych ról Aaronovi Tveitowi i Julianne Hough. Aaron jest znanym i cenionym aktorem broadwayowskim, który szerszej publiczności dał się poznać przy okazji roli w Les Miserables w 2012 r. (oj jakim doskonałym był on Enjolrasem). Julianne to tancerka i piosenkarka, znana przede wszystkim z występów w amerykańskiej wersji Dancing with the Stars. Mimo że wokalnie i aktorsko raczej nie było się czego obawiać (to są naprawdę świetni artyści), twórcy produkcji prawdopodobnie zdawali sobie sprawę ze skali wyzwania jakie stoi przez aktorami, dochodząc do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie jak najwcześniejsze zaznajomienie widzów z wizerunkiem nowych bohaterów Grease. Szeroko zakrojona promocja wydarzenia w mediach społecznościowych i w stacji FOX skupiała się więc głównie na Julianne i Aaronie, pokazując ich światu jako Sandy i Zuko. Muszę powiedzieć, że taka strategia przyniosła złote rezultaty, szczególnie w przypadku Tveita. O ile bowiem Julianne jest naprawdę wizualnie podobna do młodej Newton-John i w sumie trudno wyobrazić sobie kogoś kto mógłby pasować lepiej, tak Aaron, mówiąc wprost, nie wygląda jak Travolta. Niesamowita ilość zdjęć, gifów, filmików i blooperów wrzuconych do sieci przed premierą spektaklu zdziałała jednak cuda. Nagle okazało się że Aaron, mimo że blondyn, inna budowa ciała, inny głos, nie tylko świetnie odnajduje się w stylistyce przedstawienia, ale po prostu JEST ZUKO. Jasne, można powiedzieć że Travolta zawsze pozostanie numerem jeden i nikt nie jest w stanie go zastąpić, ale też nie taki był cel castingowy. Z mojej strony twórcy Grease Live mają naprawdę wielki szacunek za casting Zuko, i to nie tylko dlatego, że bardzo lubię Aarona i uważam że jest wspaniałym aktorem musicalowym. Jest tak głownie dzięki temu, że wybrali aktora nieoczywistego, który doskonale odnalazł się w estetyce w której się znalazł. Odnosząc się już bezpośrednio do samego występu, mogę powiedzieć krótko - nie zawiodłam się. Julianne nie była Olivią, ale była Sandy. Aaron nie był Travoltą, ale był Zuko. Oboje odgrywali swoich bohaterów najlepiej jak tylko mogli i za to należą się wielkie brawa.

Oni naprawdę są Sandy i Zuko.
Nie ulega wątpliwości że Grease Live nie byłby tak wielkim medialnym wydarzeniem gdyby nie inne głośne nazwiska pojawiające się w obsadzie w rolach drugoplanowych. Mieliśmy znaną z High School Musical Vanessę Hudgens jako Betty Rizzo, piosenkarkę Carly Rae Japsen w roli Frenchy, czy też jedną z gwiazd Scream Queens, Keke Palmer, jako Marty. Szczególne i wybitne brawa należą się tutaj Hudgens, której tata zmarł z powodu nowotworu kilka godzin przed występem w Grease. Mimo ogromnego nieszczęścia które ją spotkało, Vanessa pokazała się z najlepszej artystycznej strony, będąc jedną z najbardziej energetycznych i zapadających w pamięć postaci na scenie. Nie bez przyczyny za swoje solowe wykonanie „There Are Worse Things I Could Do” zgarnęła ona nieporównywalne do wszystkich oklaski. 

Vanessa Hudgens skradła show śpiewając zaledwie kilka godzin po śmierci ojca.
A skoro mówimy już o piosenkach, podkreślić należy jedno. Są one absolutnie perfekcyjnie wykonane i śpiewają je osoby, które faktycznie potrafią to robić. Klasyki takie jak „Summer nights”, „You’re the one that I want”, „We go together” sprawiają, że nóżka sama chodzi. Bardzo fajnym w moim przekonaniu pomysłem było rozpoczęcie całego eventu od występu Jessie J przechadzającej się za kulisami i śpiewającej piosenkę promującą wydarzenie – „Grease in the World”. W ogóle solowe występy stanowią chyba najmocniejszy element całego Grease Live. W recenzjach na amerykańskich portalach dosyć często traktowane jest to jako zarzut, ale ja bym tego w ten sposób nie odbierała. W momencie gdy do jednego przedsięwzięcia muzycznego gromadzi się taką liczbę gwiazd i indywidualności, oczywiste jest, że każda chce pokazać coś od siebie. Naturalne jest, że dużo łatwiej im jest im to zrobić w piosenkach solowych, gdzie ich głos nie zlewa się z głosami innych. Takim właśnie przekonaniem było moim zdaniem podyktowane wrzucenie do show dodatkowej zupełnie piosenki, którą śpiewała (z resztą bardzo dobrze) Carly Rae Japsen.

Wokalnie naprawdę nie ma się do czego przyczepić
Zbliżając się powoli do podsumowania niniejszych rozważań, raz jeszcze podkreślę, że Grease Live wyznaczył zupełnie nowe standardy tego, co można zrobić i jak można rozmawiać o musicalach na żywo. Stacja FOX podjęła fenomenalną decyzję zamawiając nową wersję znanego wszystkim filmu. Już teraz wiadomo, że sukces Grease na żywo przebił poprzednie musicale pokazywane przez NBC. Siła Grease na żywo polega na tym, że czerpiąc z klasyki pełnymi garściami, serwuje widzom zupełnie nową jakość. To właśnie owa nowa jakość pozwala mu się bronić i nie dyskredytuje show w oczach fanów, nawet tych którzy w dalszym ciągu uważają że Travolta jest lepszym Zuko a Newton-John lepszą Sandy. Jedyna sensowna rada jaką mam dla Was w tym momencie, to jak najszybsze sięgnięcie po ten wspaniały kawałek dobrej rozrywki w amerykańskim stylu. Nie zawiedziecie się.

P.S. Dzisiaj siadam do nowego odcinka Wojny i Pokoju. Moja zajawka na ten serial osiągnęła już jakieś dziwne rozmiary, wczoraj w nocy śniło mi się że jeden z moich znajomych jest Paulem Dano…  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz