![]() |
Dzisiaj druga część przeglądu filmów nominowanych do Oscara. Poniżej znajdziecie
mini-recenzje Mostu Szpiegów, Spotlight, Steve’a Jobsa oraz Carol.
Pierwszą, inaugurującą cykl część znaleźć możecie tutaj. Mówiąc o
tegorocznych filmach oscarowych, przypominam o recenzji Nienawistnej Ósemki,
która była w osobnym wpisie. O Mad Maxie, Ex Machinie i Amy pisałam przy okazji
filmów, które zrobiły mi 2015 rok. Był też wpis na temat najnowszych GwiezdnychWojen.
Jak zwykle, wpis nie zawiera zasadniczych spoilerów dotyczących fabuły
filmów.
Spotlight
![]() |
Spotlight to kolejny z nominowanych do Oscara filmów opartych na
prawdziwych wydarzeniach. Mimo iż od czasu ujawnienia przez dziennikarzy „The
Boston Globe” skandalu pedofilskiego w kościele katolickim minęła już ponad
dekada, kwestia ta w dalszym ciągu wzbudza kontrowersje, dotykając trudnej i do
dziś niestety aktualnej problematyki. Już za samą odwagę wyboru tematu należą
się więc twórcy filmu, Tomowi McCarthy’emu, wielkie brawa. Ale nie tylko za to.
Udało mu się bowiem stworzyć produkcję nie tylko społecznie zaangażowaną, ale
również świetną scenariuszowo, aktorsko i technicznie. Spotlight to bez
wątpienia jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy film tegorocznego oscarowego
zestawienia.
Spotlight to historia grupy dziennikarzy śledczych pracujących w dziale
pod tytułową nazwą. Specjalizują się oni w tematach trudnych, kontrowersyjnych,
a jednocześnie ważnych z punktu widzenia społeczności Bostonu. Pod wpływem
sugestii ze strony nowego naczelnego „The Boston Globe”, podejmują się oni
zbadania zjawiska nadużyć seksualnych dokonywanych przez księży katolickich.
Szybko okazuje się, że skala zjawiska, metodyczność działań, a także
przyzwolenie struktur kościoła są tak ogromne, że aż trudne do wyobrażenia. W
tym momencie zaczyna się prawdziwa praca reporterska. Dziennikarze sukcesywnie obnażają skalę patologii do jakich od lat
dochodziło w kościele katolickim, dostarczając widzom popisowego obrazu tego,
jak wyglądać powinno dziennikarstwo śledcze. Spotlight to produkcja dynamiczna,
trzymająca w napięciu, bardzo dobrze nakręcona, ze świetnymi dialogami, w
trakcie oglądania której człowiek nie nudzi się ani przez chwilę. Wielkim
sukcesem McCarthy’ego w kontekście tego filmu jest pokazanie problemu w
sposób ciekawy i emocjonujący, ale daleki od taniej sensacji w stylu nagłówków „Faktu”.
Spotlight wywołuje kontrowersje, będąc najlepszym przykładem tego, jak wyglądać
powinny filmy demaskatorskie. Dostrzeżenie Spotlight i przyznanie filmowi
nominacji w praktycznie wszystkich najważniejszych kategoriach oscarowych to
jedna z niewielu rzeczy ratujących Akademię w oczach opinii publicznej, w dużym
stopniu zawiedzionej zjawiskiem #Oscarssowhite.
Jedną rzecz powiedzieć trzeba jeszcze wprost. Spotlight nie byłby tak
dobrym filmem gdyby nie fenomenalna obsada. Sam scenariusz nie dostarcza
specjalnie pogłębionej refleksji na temat poszczególnych członków ekipy
śledczej. Mamy urywki z ich życia, dowiadujemy się pojedynczych faktów, które
nie są rozbudowywane na płaszczyźnie innej niż życie zawodowe. W tym miejscu
świetną robotę zrobili jednak Mark Ruffalo, Rachel McAdams, John Slattery,
Brian d’Arcy James, Michael Keaton ale też Stanley Tucci i Liev Schreiber. To
dzięki ich zaangażowaniu, doskonałym wejściu w role i wspaniałym umiejętnościom,
ten film wygląda tak jak wygląda, a zarysowane jedynie postaci zyskują w oczach.
Faktycznie, nominowany do Oscara Ruffalo robi chyba największe wrażenie. Gra on
bohatera ekscentrycznego, żyjącego trochę w swoim świecie, który nagle okazuje
się najskuteczniejszym śledczym. Bardzo podoba mi się sposób w jaki aktor ten
podszedł do roli – jego sposób grania jest zupełnie niepodobny do wszystkich jego dotychczasowych kreacji jakie
widziałam. Pozostałych aktorów oceniam bardzo równo, można w sumie powiedzieć
że to chyba najbardziej podatna na zbiorowe nagrody aktorskie ekipa. Dziwić
(ale nie szokować) może nominacja dla Rachel McAdams, która jest dobra, ale nie
wyrasta ponad kolegów z planu. Być może miała to być taka pocieszka po
nieudanym drugim sezonie Detektywa. Podobieństwa między „spotlightową” Sachą
Pfeiffer a „detektywową” Ani Bezzerides są w sumie całkiem widoczne.
Most Szpiegów
![]() |
Nie oszukujmy się. Najnowsza produkcja Stevena Spielberga to jeden z
tych filmów, które nominację do Oscara otrzymać po prostu musiały. Historia
prawnika Jamesa Donovana, który bronił przed sądem radzieckiego szpiega Rudolfa
Abela, a później negocjował jego wymianę na zestrzelonego amerykańskiego pilota
Gary’ego Powelsa, to typowa historia pod nagrody Akademii. Instytucja ta, złożona
w zdecydowanej większości z białych Amerykanów po 50. roku życia, z chęcią
docenia historie kipiące patriotyzmem, czego dowodem może być sukces
wcześniejszych filmów Spielberga, takich jak Szeregowiec Ryan, Amistad czy
Lincoln. Podkreślić trzeba, że Most Szpiegów to na poziomie koncepcyjnym
produkcja bardzo do wcześniejszych „Spielbergów” podobna. Na każdym kroku podkreślane
są w nim wartości. USA to demokratyczne państwo prawa, w którym konstytucja
jest nie tylko prawem, ale i świętością. Z tego punktu widzenia nie może dziwić
fakt, że tak wielki nacisk położony został w filmie na podkreślanie, że mimo
sprzeciwu opinii publicznej Abel zasługuje na obronę. Konstytucja gwarantuje
przecież każdemu takowe prawo.
Fabuła całego filmu nie jest specjalnie skomplikowana i zawiera w
sobie motywy znane nam już z innych produkcji na temat zimnej wojny – zestawienie
amerykańskich standardów z bestialstwem i brakiem poszanowania praw człowieka
przez Rosjan, nieetyczną postawa CIA, krwawe ślady na Murze Berlińskim. To
wszystko naprawdę już było. Mimo to (i tu trzeba oddać honor Spielbergowi) reżyserowi
udało się to, co udaje mu się niemal zawsze – stworzył bardzo przyzwoite kino
szpiegowskie, stojącą na wysokim poziomie rozrywkę niepozwalającą nudzić się w
kinie przez bite dwie i pół godziny. Nie oszukujmy się, to nie jest wybitny
film. Spielberg zrobił hollywoodzką produkcję trafiającą w gusta Amerykanów,
przystępną dla masowego widza. Dobrą pracę wykonał również Janusz Kamiński,
etatowy kamerzysta Spielberga.
Na poziomie aktorskim również nie jest źle, ale głównie dlatego, że
poziom zapewniają nazwiska. Tom Hanks gra bardzo poprawnie, przekonująco, ale
nie jest to na poziomie artystycznym kreacja wybijająca się ponad to, do czego
zwykł przyzwyczajać nas ten świetny skądinąd aktor. Bardzo dobry jest też Mark
Rylance w roli Abela, nie może dziwić przyznanie mu nagrody BAFTA. Biorąc pod uwagę specyfikę jego roli, nie może dziwić
otrzymana nominacja do Oscara. Dobrą kreację stworzył też w drugim planie
Sebastian Koch, grający rolę Wolfganga Vogela, niemieckiego adwokata
negocjującego wymianę więźniów między USA z ZSRR. Reszty aktorów z nazwiska
wymieniać chyba nie trzeba, gdyż wszyscy odegrali swoje role bardzo poprawnie i
po spielbergowemu. Film ten na pewno Oscarów nie zawojuje, ale jego obecność
zestawieniach nie może dziwić. Wiadomo – God
Bless America i tym podobne.
Carol to ekranizacja powieści Prince of Salt autorstwa amerykańskiej
pisarki Patricii Highsmith (pod
pseudonimem Claire Morgan). Jest to historia dwóch, podchodzących z zupełnie
innych światów kobiet, które zakochują się w sobie. Mamy bowiem Therese Belivet
– młodą pracownicę domu towarowego, cichą, niepewną siebie, nieumiejącą
powiedzieć „nie”, oraz Carol Airid – luksusową panią domu lat 50., kobietę
pewną siebie, elegancką, o matowym głosie. Bohaterki wydaje się dzielić
wszystko, mimo to rodzi się między nimi głęboka więź. Trzeba podkreślić jednak,
że Carol to nie jest tylko i wyłącznie film o miłości – to bardzo piękna i
głęboka produkcja, traktująca również o kwestiach takich jak różnice
pokoleniowe, ograniczenia konwenansami czy przekraczanie wewnętrznych i
społecznych granic.
Twórcy filmu mieli świadomość,
iż opowieść o dwóch zakochujących się w sobie kobietach nie stanowi w
dzisiejszych czasach materiału, który broniłby się samą tylko historią. Nie
wynika to jedynie z faktu, że nie żyjemy w powojennym świecie ale w XXI wieku,
ale też z tego, że filmów o podobnej tematyce pojawiło się już w kinie sporo.
Dość wspomnieć nagrodzone Złotą Palmą w Cannes Życie Adeli z 2013 roku. Wielką
zasługą reżysera filmu Todda Haynesa jest opowiedzenie historii Carol i Therese
nie tylko za pomocą treści, ale w również warstwy wizualnej i symbolicznej.
Carol to bowiem film przepiękny – czarujący scenografią, kostiumami,
rekwizytami. Każdy gest, strój czy najmniejszy szczegół pokazywany na ekranie ma
znaczenie dla przebiegu historii. Nic nie jest w tej produkcji przypadkowe,
obraz jest całkowicie spójny z fabułą. Trzeba zwrócić uwagę na fenomenalną
pracę kamery – oglądając Carol ma się wrażenie przeskakiwania pomiędzy
kolejnymi obrazami Edwarda Hoppera. Im więcej oscarowych filmów oglądam w tym
roku, tym bardziej dochodzę do wniosku, że kategoria „zdjęcia” jest jedną z najmocniejszych w całym
zestawieniu.
Niesprawiedliwe byłoby
stwierdzenie, że Carol wyróżnia się jako film jedynie na poziomie wizualnym i
technicznym. Trzeba zwrócić uwagę, że mając dwie tak bardzo różniące się od
siebie bohaterki, bardzo łatwo było w przypadku Carol popaść w klasyczny
schemat „łowca-ofiara”. Twórcom produkcji udało się od tego (ale też szeregu
innych) schematu uciec, co uznać można za wielki, o ile nie największy plus
filmu. Zarówno Carol jak i Therese to postaci pełnokrwiste, wielowymiarowe,
niedające się zakwalifikować w jednoznaczne ramy ani kategorie. Duża w tym
zasługa naprawdę świetnie napisanego scenariusza (podejrzewam że jest on jakieś
100 razy lepszy niż sama książka), ale również doskonale wywiązujących się ze
swoich zadań aktorek. Fenomenalna jest Cate Blanchett w roli Carol. Po raz
kolejny pokazała ona, że praktycznie urodziła się aby grać takie role. Konfrontacja
między Carol a mężem (w tej roli bardzo dobry Kyle Chandler), w trakcie której
podejmują oni temat opieki nad córką, jest jedną z najlepszych scen w wykonaniu
Blanchett jakie widziałam od lat. To ze względu na ten moment jest ona jedną z
najmocniejszych kandydatek do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Co
więcej, byłby to Oscar całkowicie zasłużony. W pełni uzasadniona jest też
nominacja dla Rooney Mary, aczkolwiek zastanawiać może potraktowanie jej roli
jako drugoplanowej. Przyznam, nie jestem obiektywna w stosunku do tej aktorki,
bo z niewyjaśnionych przyczyn darzę ją wielką sympatią. No ale naprawdę, trudno
nie być pod wrażeniem jej głębokiego i konsekwentnego aktorstwa w tym filmie. W
kontekście aktorek warto również wspomnieć o niewielkiej, aczkolwiek bardzo
ważnej roli Sary Paulson, grającej przyjaciółkę Carol jeszcze z czasów
dzieciństwa. Wielkie brawa należą się Paulson za tę rolę. Mimo że nie jestem
jej fanką, po raz kolejny przyznać muszę, że jest ona jedną z najlepszych
amerykańskich aktorek swojego pokolenia. Poza tym, co oczywiste, każda z
bohaterek filmu wygląda absolutnie ślicznie. Jeśli nie fabuła i nie aktorstwo,
warto iść do kina chociażby po to, aby popatrzeć na pięknych ludzi w pięknych
strojach i pięknych fryzurach.
Steve Jobs w reżyseri Danny’ego
Boyle’a, ze scenariuszem Aarona Sorkina
to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów 2015 roku. Po spektakularnej porażce
produkcji z 2013 roku z Astonem Kuchnerem w roli głównej, oczekiwania wobec
kolejnego biograficznego filmu o Jobsie były tym większe. Jak doskonale
przecież wiemy, mówimy tutaj o jednej z największych, a jednocześnie bardzo
kontrowersyjnej postaci świata technologii. Wielu nazwie Steve’a Jobsa
wizjonerem, są tacy którzy twierdzą wręcz, że był on geniuszem. Niezależnie od
osobistego zdania na temat współzałożyciela Apple, przyznać trzeba, że był on
postacią fascynującą, bardzo niejednoznaczną, z idealną pod ekranizację
historią życia. Tym bardziej smutno jest stwierdzić, że najnowsza produkcja
Boyle’a i Sorkina rozczarowuje, i to na bardzo wielu płaszczyznach.
Cała historia podzielona jest
na trzy epizody ilustrujące trzy przełomowe momenty… Właśnie. Przełomowe momenty
czego? Mówimy o wprowadzeniu trzech kolejnych modelów komputera. To nie są
momenty z życia Steve’a, tak jak cały film nie jest tak naprawdę historią o nim
samym. Dostajemy krótkie urywki ilustrujące ważne momenty z punktu widzenia
jego pracy. Sama koncepcja, nieco na modłę trzyodcinkowego mini-serialu, wydaje
się całkiem ciekawa i nowatorska. Niestety, scenariusze każdej z owych trzech
części są tak do siebie podobne, a jednocześnie tak mało emocjonujące, że widz
nie jest w stanie przejąć się historią. W każdej części poruszony jest wątek
złych relacji Jobsa z córką oraz to, jak bardzo trudno się z nim współpracuje i
jak bardzo nieprzyjemny jest z niego człowiek. Tyle, nic więcej. Powiedzmy
sobie szczerze, prawie każdy oglądający ten film wie kim był Jobs, wie że miał
trudny charakter, wie że był niemiły, wie (bądź może sprawdzić) które z jego
projektów komputerów zakończyły się porażką, które sukcesem. Film Boyle’a i
Sorkina nie dostarcza niczego, czego wcześniej nie można byłoby wyczytać w Wikipedii. Wszelkie elementy które mogłyby być dla widza potencjalnie nowe i
ciekawe zostały totalnie pominięte w fabule. W ogóle nie widzimy chociażby procesu
tworzenia jakiegokolwiek z komputerów. Wszystko zostaje nam pokazane w momencie
gdy urządzenia stoją już na stole, trzeba je zaprezentować i sprzedać. Dodatkowo,
ogromną wadą Steve’a Jobsa jest fakt, że film jest po prostu przegadany. Już
naprawdę nie chodzi o suche dialogi i świadomość, że normalni ludzie nie
rozmawiają ze sobą z ten sposób, ale to, że poza gadaniem w tym filmie nie
dzieje się naprawdę nic. Źródła informacji o funkcjonowaniu firmy, życiu Steve’a
i ogólnie o świecie pochodzą w tej produkcji z dwóch źródeł: od Jobsa, który
akurat krzyczy na kogoś, bądź od jego współpracowników, którzy kłócą się z nim
bądź próbują go uspokoić. To jest naprawdę strasznie słabe.
Zastanawiając się nad tym, na
ile film ten ratują aktorzy, dochodzę do wniosku, że w jakimś stopniu jednak
ratują. Fassbender to klasa sama w sobie, Jobs w jego wykonaniu to jest
naprawdę dobra rola, na pewno lepsza niż cały film. Nie wróżę mu Oscara, ale
nominacja nie stanowi tutaj specjalnego nadużycia. Dobra jest też Kate Winslet,
aczkolwiek w moim przekonaniu nie jest to w jej wykonaniu rola ani wybitna, ani
przełomowa. Wyróżnienie jej Złotym Globem za najlepszą aktorkę drugoplanową
uważam za jedną z największych (negatywnych niestety) rozczarowań ceremonii.
Nominacja do nagród jej się należy, ale same statuetki już średnio. Najjaśniej
z całej obsady wypada chyba jednak Seth Rogen jako Steve Wozniak. Sceny z nim i
Fassbenderem są jednymi z niewielu w całym filmie, które naprawdę ogląda się z
dużą przyjemnością. Jeśli miałabym kogoś wyróżnić w tym filmie, byłby to
właśnie on. Generalnie jednak powiedzieć muszę, że traktuję Steve’a Jobsa jako
jedno z największych rozczarowań sezonu oscarowego. Niestety.
Okej, na dzisiaj to tyle. Za
niedługo ostatnia część. Oczywiście jest tak jak myślałam czy będzie, to znaczy
zamiast jakoś metodycznie podchodzić do tematu filmów oscarowych, codziennie
chodzę na coś do kina bo inaczej nie wyrobię się przed ceremonią. To się
nazywają popkulturowe problemy pierwszego świata. ;)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz