o mnie

wtorek, 16 lutego 2016

Oscary 2016: Przegląd nominowanych filmów, część 2




Dzisiaj druga część przeglądu filmów nominowanych do Oscara. Poniżej znajdziecie mini-recenzje Mostu Szpiegów, Spotlight, Steve’a Jobsa oraz Carol.

Pierwszą, inaugurującą cykl część znaleźć możecie tutaj. Mówiąc o tegorocznych filmach oscarowych, przypominam o recenzji Nienawistnej Ósemki, która była w osobnym wpisie. O Mad Maxie, Ex Machinie i Amy pisałam przy okazji filmów, które zrobiły mi 2015 rok. Był też wpis na temat najnowszych GwiezdnychWojen.

Jak zwykle, wpis nie zawiera zasadniczych spoilerów dotyczących fabuły filmów. 


Spotlight

Spotlight to kolejny z nominowanych do Oscara filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach. Mimo iż od czasu ujawnienia przez dziennikarzy „The Boston Globe” skandalu pedofilskiego w kościele katolickim minęła już ponad dekada, kwestia ta w dalszym ciągu wzbudza kontrowersje, dotykając trudnej i do dziś niestety aktualnej problematyki. Już za samą odwagę wyboru tematu należą się więc twórcy filmu, Tomowi McCarthy’emu, wielkie brawa. Ale nie tylko za to. Udało mu się bowiem stworzyć produkcję nie tylko społecznie zaangażowaną, ale również świetną scenariuszowo, aktorsko i technicznie. Spotlight to bez wątpienia jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy film tegorocznego oscarowego zestawienia.

Spotlight to historia grupy dziennikarzy śledczych pracujących w dziale pod tytułową nazwą. Specjalizują się oni w tematach trudnych, kontrowersyjnych, a jednocześnie ważnych z punktu widzenia społeczności Bostonu. Pod wpływem sugestii ze strony nowego naczelnego „The Boston Globe”, podejmują się oni zbadania zjawiska nadużyć seksualnych dokonywanych przez księży katolickich. Szybko okazuje się, że skala zjawiska, metodyczność działań, a także przyzwolenie struktur kościoła są tak ogromne, że aż trudne do wyobrażenia. W tym momencie zaczyna się prawdziwa praca reporterska. Dziennikarze sukcesywnie obnażają skalę patologii do jakich od lat dochodziło w kościele katolickim, dostarczając widzom popisowego obrazu tego, jak wyglądać powinno dziennikarstwo śledcze. Spotlight to produkcja dynamiczna, trzymająca w napięciu, bardzo dobrze nakręcona, ze świetnymi dialogami, w trakcie oglądania której człowiek nie nudzi się ani przez chwilę. Wielkim sukcesem McCarthy’ego w kontekście tego filmu jest pokazanie problemu w sposób ciekawy i emocjonujący, ale daleki od taniej sensacji w stylu nagłówków „Faktu”. Spotlight wywołuje kontrowersje, będąc najlepszym przykładem tego, jak wyglądać powinny filmy demaskatorskie. Dostrzeżenie Spotlight i przyznanie filmowi nominacji w praktycznie wszystkich najważniejszych kategoriach oscarowych to jedna z niewielu rzeczy ratujących Akademię w oczach opinii publicznej, w dużym stopniu zawiedzionej zjawiskiem #Oscarssowhite.

Jedną rzecz powiedzieć trzeba jeszcze wprost. Spotlight nie byłby tak dobrym filmem gdyby nie fenomenalna obsada. Sam scenariusz nie dostarcza specjalnie pogłębionej refleksji na temat poszczególnych członków ekipy śledczej. Mamy urywki z ich życia, dowiadujemy się pojedynczych faktów, które nie są rozbudowywane na płaszczyźnie innej niż życie zawodowe. W tym miejscu świetną robotę zrobili jednak Mark Ruffalo, Rachel McAdams, John Slattery, Brian d’Arcy James, Michael Keaton ale też Stanley Tucci i Liev Schreiber. To dzięki ich zaangażowaniu, doskonałym wejściu w role i wspaniałym umiejętnościom, ten film wygląda tak jak wygląda, a zarysowane jedynie postaci zyskują w oczach. Faktycznie, nominowany do Oscara Ruffalo robi chyba największe wrażenie. Gra on bohatera ekscentrycznego, żyjącego trochę w swoim świecie, który nagle okazuje się najskuteczniejszym śledczym. Bardzo podoba mi się sposób w jaki aktor ten podszedł do roli – jego sposób grania jest zupełnie niepodobny do  wszystkich jego dotychczasowych kreacji jakie widziałam. Pozostałych aktorów oceniam bardzo równo, można w sumie powiedzieć że to chyba najbardziej podatna na zbiorowe nagrody aktorskie ekipa. Dziwić (ale nie szokować) może nominacja dla Rachel McAdams, która jest dobra, ale nie wyrasta ponad kolegów z planu. Być może miała to być taka pocieszka po nieudanym drugim sezonie Detektywa. Podobieństwa między „spotlightową” Sachą Pfeiffer a „detektywową” Ani Bezzerides są w sumie całkiem widoczne.  

Most Szpiegów

Nie oszukujmy się. Najnowsza produkcja Stevena Spielberga to jeden z tych filmów, które nominację do Oscara otrzymać po prostu musiały. Historia prawnika Jamesa Donovana, który bronił przed sądem radzieckiego szpiega Rudolfa Abela, a później negocjował jego wymianę na zestrzelonego amerykańskiego pilota Gary’ego Powelsa, to typowa historia pod nagrody Akademii. Instytucja ta, złożona w zdecydowanej większości z białych Amerykanów po 50. roku życia, z chęcią docenia historie kipiące patriotyzmem, czego dowodem może być sukces wcześniejszych filmów Spielberga, takich jak Szeregowiec Ryan, Amistad czy Lincoln. Podkreślić trzeba, że Most Szpiegów to na poziomie koncepcyjnym produkcja bardzo do wcześniejszych „Spielbergów” podobna. Na każdym kroku podkreślane są w nim wartości. USA to demokratyczne państwo prawa, w którym konstytucja jest nie tylko prawem, ale i świętością. Z tego punktu widzenia nie może dziwić fakt, że tak wielki nacisk położony został w filmie na podkreślanie, że mimo sprzeciwu opinii publicznej Abel zasługuje na obronę. Konstytucja gwarantuje przecież każdemu takowe prawo.

Fabuła całego filmu nie jest specjalnie skomplikowana i zawiera w sobie motywy znane nam już z innych produkcji na temat zimnej wojny – zestawienie amerykańskich standardów z bestialstwem i brakiem poszanowania praw człowieka przez Rosjan, nieetyczną postawa CIA, krwawe ślady na Murze Berlińskim. To wszystko naprawdę już było. Mimo to (i tu trzeba oddać honor Spielbergowi) reżyserowi udało się to, co udaje mu się niemal zawsze – stworzył bardzo przyzwoite kino szpiegowskie, stojącą na wysokim poziomie rozrywkę niepozwalającą nudzić się w kinie przez bite dwie i pół godziny. Nie oszukujmy się, to nie jest wybitny film. Spielberg zrobił hollywoodzką produkcję trafiającą w gusta Amerykanów, przystępną dla masowego widza. Dobrą pracę wykonał również Janusz Kamiński, etatowy kamerzysta Spielberga.

Na poziomie aktorskim również nie jest źle, ale głównie dlatego, że poziom zapewniają nazwiska. Tom Hanks gra bardzo poprawnie, przekonująco, ale nie jest to na poziomie artystycznym kreacja wybijająca się ponad to, do czego zwykł przyzwyczajać nas ten świetny skądinąd aktor. Bardzo dobry jest też Mark Rylance w roli Abela, nie może dziwić przyznanie mu nagrody BAFTA. Biorąc pod uwagę specyfikę jego roli, nie może dziwić otrzymana nominacja do Oscara. Dobrą kreację stworzył też w drugim planie Sebastian Koch, grający rolę Wolfganga Vogela, niemieckiego adwokata negocjującego wymianę więźniów między USA z ZSRR. Reszty aktorów z nazwiska wymieniać chyba nie trzeba, gdyż wszyscy odegrali swoje role bardzo poprawnie i po spielbergowemu. Film ten na pewno Oscarów nie zawojuje, ale jego obecność zestawieniach nie może dziwić. Wiadomo – God Bless America i tym podobne.

Carol

Carol to ekranizacja powieści Prince of Salt autorstwa amerykańskiej pisarki Patricii Highsmith (pod pseudonimem Claire Morgan). Jest to historia dwóch, podchodzących z zupełnie innych światów kobiet, które zakochują się w sobie. Mamy bowiem Therese Belivet – młodą pracownicę domu towarowego, cichą, niepewną siebie, nieumiejącą powiedzieć „nie”, oraz Carol Airid – luksusową panią domu lat 50., kobietę pewną siebie, elegancką, o matowym głosie. Bohaterki wydaje się dzielić wszystko, mimo to rodzi się między nimi głęboka więź. Trzeba podkreślić jednak, że Carol to nie jest tylko i wyłącznie film o miłości – to bardzo piękna i głęboka produkcja, traktująca również o kwestiach takich jak różnice pokoleniowe, ograniczenia konwenansami czy przekraczanie wewnętrznych i społecznych granic.

Twórcy filmu mieli świadomość, iż opowieść o dwóch zakochujących się w sobie kobietach nie stanowi w dzisiejszych czasach materiału, który broniłby się samą tylko historią. Nie wynika to jedynie z faktu, że nie żyjemy w powojennym świecie ale w XXI wieku, ale też z tego, że filmów o podobnej tematyce pojawiło się już w kinie sporo. Dość wspomnieć nagrodzone Złotą Palmą w Cannes Życie Adeli z 2013 roku. Wielką zasługą reżysera filmu Todda Haynesa jest opowiedzenie historii Carol i Therese nie tylko za pomocą treści, ale w również warstwy wizualnej i symbolicznej. Carol to bowiem film przepiękny – czarujący scenografią, kostiumami, rekwizytami. Każdy gest, strój czy najmniejszy szczegół pokazywany na ekranie ma znaczenie dla przebiegu historii. Nic nie jest w tej produkcji przypadkowe, obraz jest całkowicie spójny z fabułą. Trzeba zwrócić uwagę na fenomenalną pracę kamery – oglądając Carol ma się wrażenie przeskakiwania pomiędzy kolejnymi obrazami Edwarda Hoppera. Im więcej oscarowych filmów oglądam w tym roku, tym bardziej dochodzę do wniosku, że kategoria „zdjęcia”  jest jedną z najmocniejszych w całym zestawieniu. 

Niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że Carol wyróżnia się jako film jedynie na poziomie wizualnym i technicznym. Trzeba zwrócić uwagę, że mając dwie tak bardzo różniące się od siebie bohaterki, bardzo łatwo było w przypadku Carol popaść w klasyczny schemat „łowca-ofiara”. Twórcom produkcji udało się od tego (ale też szeregu innych) schematu uciec, co uznać można za wielki, o ile nie największy plus filmu. Zarówno Carol jak i Therese to postaci pełnokrwiste, wielowymiarowe, niedające się zakwalifikować w jednoznaczne ramy ani kategorie. Duża w tym zasługa naprawdę świetnie napisanego scenariusza (podejrzewam że jest on jakieś 100 razy lepszy niż sama książka), ale również doskonale wywiązujących się ze swoich zadań aktorek. Fenomenalna jest Cate Blanchett w roli Carol. Po raz kolejny pokazała ona, że praktycznie urodziła się aby grać takie role. Konfrontacja między Carol a mężem (w tej roli bardzo dobry Kyle Chandler), w trakcie której podejmują oni temat opieki nad córką, jest jedną z najlepszych scen w wykonaniu Blanchett jakie widziałam od lat. To ze względu na ten moment jest ona jedną z najmocniejszych kandydatek do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Co więcej, byłby to Oscar całkowicie zasłużony. W pełni uzasadniona jest też nominacja dla Rooney Mary, aczkolwiek zastanawiać może potraktowanie jej roli jako drugoplanowej. Przyznam, nie jestem obiektywna w stosunku do tej aktorki, bo z niewyjaśnionych przyczyn darzę ją wielką sympatią. No ale naprawdę, trudno nie być pod wrażeniem jej głębokiego i konsekwentnego aktorstwa w tym filmie. W kontekście aktorek warto również wspomnieć o niewielkiej, aczkolwiek bardzo ważnej roli Sary Paulson, grającej przyjaciółkę Carol jeszcze z czasów dzieciństwa. Wielkie brawa należą się Paulson za tę rolę. Mimo że nie jestem jej fanką, po raz kolejny przyznać muszę, że jest ona jedną z najlepszych amerykańskich aktorek swojego pokolenia. Poza tym, co oczywiste, każda z bohaterek filmu wygląda absolutnie ślicznie. Jeśli nie fabuła i nie aktorstwo, warto iść do kina chociażby po to, aby popatrzeć na pięknych ludzi w pięknych strojach i pięknych fryzurach. 

Steve Jobs

Steve Jobs w reżyseri Danny’ego Boyle’a,  ze scenariuszem Aarona Sorkina to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów 2015 roku. Po spektakularnej porażce produkcji z 2013 roku z Astonem Kuchnerem w roli głównej, oczekiwania wobec kolejnego biograficznego filmu o Jobsie były tym większe. Jak doskonale przecież wiemy, mówimy tutaj o jednej z największych, a jednocześnie bardzo kontrowersyjnej postaci świata technologii. Wielu nazwie Steve’a Jobsa wizjonerem, są tacy którzy twierdzą wręcz, że był on geniuszem. Niezależnie od osobistego zdania na temat współzałożyciela Apple, przyznać trzeba, że był on postacią fascynującą, bardzo niejednoznaczną, z idealną pod ekranizację historią życia. Tym bardziej smutno jest stwierdzić, że najnowsza produkcja Boyle’a i Sorkina rozczarowuje, i to na bardzo wielu płaszczyznach.

Cała historia podzielona jest na trzy epizody ilustrujące trzy przełomowe momenty… Właśnie. Przełomowe momenty czego? Mówimy o wprowadzeniu trzech kolejnych modelów komputera. To nie są momenty z życia Steve’a, tak jak cały film nie jest tak naprawdę historią o nim samym. Dostajemy krótkie urywki ilustrujące ważne momenty z punktu widzenia jego pracy. Sama koncepcja, nieco na modłę trzyodcinkowego mini-serialu, wydaje się całkiem ciekawa i nowatorska. Niestety, scenariusze każdej z owych trzech części są tak do siebie podobne, a jednocześnie tak mało emocjonujące, że widz nie jest w stanie przejąć się historią. W każdej części poruszony jest wątek złych relacji Jobsa z córką oraz to, jak bardzo trudno się z nim współpracuje i jak bardzo nieprzyjemny jest z niego człowiek. Tyle, nic więcej. Powiedzmy sobie szczerze, prawie każdy oglądający ten film wie kim był Jobs, wie że miał trudny charakter, wie że był niemiły, wie (bądź może sprawdzić) które z jego projektów komputerów zakończyły się porażką, które sukcesem. Film Boyle’a i Sorkina nie dostarcza niczego, czego wcześniej nie można byłoby wyczytać w Wikipedii. Wszelkie elementy które mogłyby być dla widza potencjalnie nowe i ciekawe zostały totalnie pominięte w fabule. W ogóle nie widzimy chociażby procesu tworzenia jakiegokolwiek z komputerów. Wszystko zostaje nam pokazane w momencie gdy urządzenia stoją już na stole, trzeba je zaprezentować i sprzedać. Dodatkowo, ogromną wadą Steve’a Jobsa jest fakt, że film jest po prostu przegadany. Już naprawdę nie chodzi o suche dialogi i świadomość, że normalni ludzie nie rozmawiają ze sobą z ten sposób, ale to, że poza gadaniem w tym filmie nie dzieje się naprawdę nic. Źródła informacji o funkcjonowaniu firmy, życiu Steve’a i ogólnie o świecie pochodzą w tej produkcji z dwóch źródeł: od Jobsa, który akurat krzyczy na kogoś, bądź od jego współpracowników, którzy kłócą się z nim bądź próbują go uspokoić. To jest naprawdę strasznie słabe.

Zastanawiając się nad tym, na ile film ten ratują aktorzy, dochodzę do wniosku, że w jakimś stopniu jednak ratują. Fassbender to klasa sama w sobie, Jobs w jego wykonaniu to jest naprawdę dobra rola, na pewno lepsza niż cały film. Nie wróżę mu Oscara, ale nominacja nie stanowi tutaj specjalnego nadużycia. Dobra jest też Kate Winslet, aczkolwiek w moim przekonaniu nie jest to w jej wykonaniu rola ani wybitna, ani przełomowa. Wyróżnienie jej Złotym Globem za najlepszą aktorkę drugoplanową uważam za jedną z największych (negatywnych niestety) rozczarowań ceremonii. Nominacja do nagród jej się należy, ale same statuetki już średnio. Najjaśniej z całej obsady wypada chyba jednak Seth Rogen jako Steve Wozniak. Sceny z nim i Fassbenderem są jednymi z niewielu w całym filmie, które naprawdę ogląda się z dużą przyjemnością. Jeśli miałabym kogoś wyróżnić w tym filmie, byłby to właśnie on. Generalnie jednak powiedzieć muszę, że traktuję Steve’a Jobsa jako jedno z największych rozczarowań sezonu oscarowego. Niestety.


Okej, na dzisiaj to tyle. Za niedługo ostatnia część. Oczywiście jest tak jak myślałam czy będzie, to znaczy zamiast jakoś metodycznie podchodzić do tematu filmów oscarowych, codziennie chodzę na coś do kina bo inaczej nie wyrobię się przed ceremonią. To się nazywają popkulturowe problemy pierwszego świata. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz