o mnie

wtorek, 17 maja 2016

Gdy rozum śpi, budzą się demony, czyli "High-Rise" Bena Wheatleya [recenzja]



W swoich dotychczasowych filmach, Ben Wheatley przyzwyczaił nas nie tylko do specyficznej, nieco niepokojącej atmosfery, ale i pokazywania na ekranie mało znanych szerszej publiczności aktorów. Informacja o zaprzęgnięciu do jego najnowszej produkcji nazwisk takich jak Tom Hiddleston, Jeremy Irons, Luke Evans, Elizabeth Moss czy Sienna Miller zelektryzowała fanów kina, i to nie tylko tych szczególnie zainteresowanych twórczością Wheatleya. 

High-Rise udało mi się zobaczyć dopiero niedawno, co wynika ze sporego opóźnienia hiszpańskiej premiery w stosunku do reszty Europy, w tym Polski. Wyszłam z kina z bardzo mieszanymi uczuciami. Nastawiałam się na arcydzieło, a dostałam film, który co prawda powala wizualnie, ale fabularnie wydaje się pusty. 



Zacznijmy od oczywistego. High-Rise jest ekranizacją powieści Jamesa Grahama Ballarda pod tym samym tytułem. Przyznam szczerze, książki nie czytałam, ale doszły mnie słuchy, że nie do końca jest sens porównywać jedno z drugim. Jaka jest prawda, nie wiem, ale faktem jest, że dobra produkcja powinna bronić się sama, niezależnie czy jest ekranizacją czy scenariuszem oryginalnym. 

Cała historia przedstawiona w High-Rise wydaje się prosta. Mamy więc luksusowy, czterdziestopiętrowy wieżowiec, w którym poza mieszkaniami znajdują się wszelkie luksusy – supermarket, siłownia, basen, spa, przestrzeń rekreacyjna. Świat na pozór samowystarczalny, aby do niego wejść należy złożyć specjalną,  pisemną aplikację i zostać zaakceptowanym. Już na tym etapie dochodzi jednak do wykształcenia się hierarchii – W najwyższych piętrach budynku mieszkać mogą jedynie najbardziej wpływowi i zamożni. Piętra dolne zamieszkiwane są przez tzw. „zwykłych ludzi”, całkowicie odciętych od życia bogaczy z góry. Poza konieczną interakcją wynikającą z zamieszkiwania w jednym budynku, nie ma między nimi praktycznie żadnego kontaktu. Główny bohater filmu, doktor Robert Laing, znajduje się niejako pośrodku. Zajmując mieszkanie na 25. piętrze ma on kontakt zarówno z sąsiadami z dołu, co i snobistycznym towarzystwem z góry. Przez cały film stara się on zachować neutralność, nie angażować się w spory pomiędzy mieszkańcami. A te, w wyniku pogłębiających się różnic w dostępie do dóbr podstawowych, narastają. Mieszkańcy budynku, odcięci od świata zewnętrznego i zdani jedynie na siebie, powoli pozbywają się wszelkich zahamowań, a moralność staje się kwestią perspektywy. Panujący w High-Rise chaos pogłębia się, a na naszych oczach następuje nie tylko upadek obyczajów, ale i wszelkich zasad społecznego współżycia. Wracamy do punktu wyjścia, hobbesowskiego stanu natury, w którym człowiek człowiekowi jest wilkiem.

Oglądając High-Rise mamy więc pełną świadomość tego, o czym jest ten film. Widać jednak, że Wheatley próbował podejść do tematu w sposób nieoczywisty, co udało mu się już samym faktem zachowania realiów czasowych powieści. Podobnie bowiem jak książka, film dzieje się w połowie lat 70. Jest to zabieg ciekawy nie tylko ze względu na przyciągającą uwagę stronę wizualną, ale również pokazanie, że mamy do czynienia z problematyką uniwersalną. Nie musimy oglądać anty-utopii osadzonej w XXI wieku aby wiedzieć, że refleksje z niej płynące odnoszą się również do społeczeństwa współczesnego. Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez Wheatleya jest też pokazanie części wydarzeń z perspektywy chłopca, obserwującego upadek społeczności High-Rise jako osoba jeszcze nie do końca ukształtowana, ale za to bardzo zaradna i łatwo przystosowująca się do dynamicznych warunków. 

High-Rise jest filmem wizualnie pięknym, mimo iż stylizacje niektórych bohaterów, rodem z lat 70., wzbudzić mogą uśmiech na twarzy. Wrażenie robi już sama surowa, brutalistyczna architektura budynku, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę olbrzymie kontrasty jakie się w nim rozgrywają. Z jednej strony mamy bowiem snobistyczne przyjęcia mieszkańców górnych pięter, z drugiej zaś typowe zakrapiane imprezy sąsiadów z dołu. Dostajemy obrazy bardzo dosadne, pokazujące zarówno przepych i piękno, co i brud, śmierć i brzydotę. Wszystko to okraszone doskonałą muzyką (cały świat zachwycił się coverem S.O.S Abby w wykonaniu Portishead, ale to nie jedyny mocny muzyczny motyw w całym filmie), a na ekranie przewijają się dobrzy aktorzy.

Na pierwszy rzut oka High-Rise wydaje się filmem niemalże idealnym. Mamy uniwersalną historię, piękną scenografię, kostiumy, muzykę i świetnych aktorów. Mimo to najnowszy film Wheatleya nie jest produkcją wolną od problemów, i to problemów poważnych. Pierwszym z nich jest teledyskowy montaż z długimi ujęciami, który nie do końca się w tym przypadku sprawdza. Kamera płynnie prześlizguje się przez piętra budynku, sygnalizując nam istnienie zjawisk i postaci, jednocześnie mało o nich opowiadając. High-Rise operuje znacznie bardziej na poziomie formy i obrazu, nie zaś treści. Prowadzi to do sytuacji, w której na pewnym etapie mamy wrażenie niepotrzebnych dłużyzn, mimo że film trwa tylko dwie godziny.

Dodatkowo, nie mogę się oprzeć przekonaniu, że Wheatley chciał w swojej produkcji pokazać tak dużo, że większość wyszła mu po łebkach. Tak naprawdę nie wiemy nic o bohaterach mieszkających w wieżowcu. O wielu kwestiach z ich życia sporo się mówi, a jednocześnie nie wpływają one na psychologię postaci (doskonałymi przykładami są tu relacje Lainga i jego siostry oraz Charlotte i Royala). Nie oznacza to oczywiście, że mamy do czynienia ze złym aktorstwem. Odgrywający główną rolę Tom Hiddleston doskonale sprawdza się w roli człowieka opanowanego do granic możliwości, idealnie przystosowanego do współżycia społecznego. Luke Evans jak nikt nadaje się do roli ekspresyjnego ekstrawertyka i rewolucjonisty. O osobach takich jak Jeremy Irons czy Elizabeth Moss nie ma co nawet mówić, bo to aktorska klasa sama w sobie. Problem polega jednak na tym, że kunszt aktorów objawia się głównie na poziomie dialogów, gdyż, mając taki a nie inny scenariusz, nie mogli oni stworzyć pełnowymiarowych kreacji. Zamiast jakiejś psychologii, głębi, dostaliśmy potok postaci do których nie mamy żadnego stosunku, a sympatię budzi chyba jedynie ciężarna Helen. 

Wyznacznikiem najlepszych filmów jest umiejętność mówienia o sprawach o których wiemy, w sposób, który daje nam do myślenia i pozwala spojrzeć na nie z innej perspektywy. Tego w High-Rise zabrakło. Dostaliśmy znaną i lubianą historię, która nie oferuje świeżego na poziomie treści, nie skłania do myślenia o społeczeństwie ani do dyskutowania o czymkolwiek innym niż ładne kadry, aktorzy i kostiumy. Samą formą nie da się zawojować świata, a ja osobiście nie zgadzam się ze zdaniem części recenzentów, zgodnie z którym każda fanka Hiddlestona wyjdzie z tego filmu zadowolona. Internet narobił hajpu, ale zdania są bardzo podzielone. Daleka jestem od twierdzenia, że High-Rise jest produkcją której nie warto zobaczyć, ale trzeba powiedzieć szczerze - nie jest to film dla wszystkich. Warto wyrobić sobie własne zdanie, chociaż faktem jest, że nawet przyjemna dla oka aparycja Toma Hiddlestona nie ustrzegła części widzów przed scrollowaniem telefonu i ziewaniem w czasie seansu.

P.S. Zdaję sobie sprawę, że moja recenzja wydawać się może gorzka, a część z Was może zastanawiać się, czemu krytykuję High-Rise, a o Batmanie vs Supermanie napisałam w miarę pozytywny wpis. Jest tak dlatego, że od kina artystycznego, balansującego na granicy niezależności, wymagam więcej niż od superbohaterskiego blockbustera. Nie sądzę abym była w tym specjalnie odosobniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz