W swoich dotychczasowych filmach, Ben Wheatley przyzwyczaił nas nie tylko
do specyficznej, nieco niepokojącej atmosfery, ale i pokazywania na ekranie mało
znanych szerszej publiczności aktorów. Informacja o
zaprzęgnięciu do jego najnowszej produkcji nazwisk takich jak Tom Hiddleston,
Jeremy Irons, Luke Evans, Elizabeth Moss czy Sienna Miller zelektryzowała fanów kina, i to nie
tylko tych szczególnie zainteresowanych twórczością Wheatleya.
High-Rise udało mi się zobaczyć dopiero niedawno, co wynika ze sporego
opóźnienia hiszpańskiej premiery w stosunku do reszty Europy, w tym Polski. Wyszłam
z kina z bardzo mieszanymi uczuciami. Nastawiałam się na arcydzieło, a dostałam
film, który co prawda powala wizualnie, ale fabularnie wydaje się pusty.
![]() |
Zacznijmy od oczywistego. High-Rise jest ekranizacją powieści Jamesa
Grahama Ballarda pod tym samym tytułem. Przyznam szczerze, książki nie
czytałam, ale doszły mnie słuchy, że nie do końca jest sens porównywać jedno z
drugim. Jaka jest prawda, nie wiem, ale faktem jest, że dobra produkcja powinna
bronić się sama, niezależnie czy jest ekranizacją czy scenariuszem oryginalnym.
Cała historia przedstawiona w High-Rise wydaje się prosta. Mamy więc
luksusowy, czterdziestopiętrowy wieżowiec, w którym poza mieszkaniami znajdują
się wszelkie luksusy – supermarket, siłownia, basen, spa, przestrzeń
rekreacyjna. Świat na pozór samowystarczalny, aby do niego wejść należy złożyć
specjalną, pisemną aplikację i zostać
zaakceptowanym. Już na tym etapie dochodzi jednak do wykształcenia się
hierarchii – W najwyższych piętrach budynku mieszkać mogą jedynie najbardziej
wpływowi i zamożni. Piętra dolne zamieszkiwane są przez tzw. „zwykłych ludzi”,
całkowicie odciętych od życia bogaczy z góry. Poza konieczną interakcją
wynikającą z zamieszkiwania w jednym budynku, nie ma między nimi praktycznie
żadnego kontaktu. Główny bohater filmu, doktor Robert Laing, znajduje się
niejako pośrodku. Zajmując mieszkanie na 25. piętrze ma on kontakt zarówno z
sąsiadami z dołu, co i snobistycznym towarzystwem z góry. Przez cały film stara
się on zachować neutralność, nie angażować się w spory pomiędzy mieszkańcami. A
te, w wyniku pogłębiających się różnic w dostępie do dóbr podstawowych, narastają.
Mieszkańcy budynku, odcięci od świata zewnętrznego i zdani jedynie na siebie,
powoli pozbywają się wszelkich zahamowań, a moralność staje się kwestią perspektywy.
Panujący w High-Rise chaos pogłębia się, a na naszych oczach następuje nie tylko
upadek obyczajów, ale i wszelkich zasad społecznego współżycia. Wracamy do
punktu wyjścia, hobbesowskiego stanu natury, w którym człowiek człowiekowi
jest wilkiem.
![]() |
Oglądając High-Rise mamy więc pełną świadomość tego, o czym jest
ten film. Widać jednak, że Wheatley próbował podejść do tematu w sposób
nieoczywisty, co udało mu się już samym faktem zachowania realiów czasowych
powieści. Podobnie bowiem jak książka, film dzieje się w połowie lat 70. Jest
to zabieg ciekawy nie tylko ze względu na przyciągającą uwagę stronę wizualną,
ale również pokazanie, że mamy do czynienia z problematyką uniwersalną. Nie
musimy oglądać anty-utopii osadzonej w XXI wieku aby wiedzieć, że refleksje z
niej płynące odnoszą się również do społeczeństwa współczesnego. Ciekawym
zabiegiem zastosowanym przez Wheatleya jest też pokazanie części wydarzeń z
perspektywy chłopca, obserwującego upadek społeczności High-Rise jako osoba
jeszcze nie do końca ukształtowana, ale za to bardzo zaradna i łatwo
przystosowująca się do dynamicznych warunków.
High-Rise jest filmem wizualnie pięknym, mimo iż stylizacje niektórych
bohaterów, rodem z lat 70., wzbudzić mogą uśmiech na twarzy. Wrażenie robi już
sama surowa, brutalistyczna architektura budynku, szczególnie jeśli weźmiemy
pod uwagę olbrzymie kontrasty jakie się w nim rozgrywają. Z jednej strony mamy
bowiem snobistyczne przyjęcia mieszkańców górnych pięter, z drugiej zaś typowe
zakrapiane imprezy sąsiadów z dołu. Dostajemy obrazy bardzo dosadne, pokazujące
zarówno przepych i piękno, co i brud, śmierć i brzydotę. Wszystko to okraszone doskonałą
muzyką (cały świat zachwycił się coverem S.O.S Abby w wykonaniu Portishead, ale
to nie jedyny mocny muzyczny motyw w całym filmie), a na ekranie przewijają się dobrzy aktorzy.
![]() |
Na pierwszy rzut oka High-Rise wydaje się filmem niemalże idealnym.
Mamy uniwersalną historię, piękną scenografię, kostiumy, muzykę i świetnych
aktorów. Mimo to najnowszy film Wheatleya nie jest produkcją wolną od
problemów, i to problemów poważnych. Pierwszym z nich jest teledyskowy montaż z długimi ujęciami, który nie do końca się w tym przypadku sprawdza. Kamera płynnie prześlizguje się przez piętra budynku, sygnalizując nam
istnienie zjawisk i postaci, jednocześnie mało o nich opowiadając. High-Rise operuje znacznie bardziej na poziomie formy i
obrazu, nie zaś treści. Prowadzi to do sytuacji, w której na pewnym etapie mamy
wrażenie niepotrzebnych dłużyzn, mimo że film trwa tylko dwie godziny.
Dodatkowo, nie mogę się oprzeć przekonaniu, że Wheatley chciał w swojej produkcji pokazać tak dużo, że większość wyszła mu po łebkach. Tak naprawdę nie wiemy nic o bohaterach mieszkających w wieżowcu. O wielu kwestiach z ich życia sporo się mówi, a jednocześnie nie wpływają one na psychologię postaci (doskonałymi przykładami są tu relacje Lainga i jego siostry oraz Charlotte i Royala). Nie oznacza to oczywiście, że mamy do czynienia ze złym aktorstwem. Odgrywający główną rolę Tom Hiddleston doskonale sprawdza się w roli człowieka opanowanego do granic możliwości, idealnie przystosowanego do współżycia społecznego. Luke Evans jak nikt nadaje się do roli ekspresyjnego ekstrawertyka i rewolucjonisty. O osobach takich jak Jeremy Irons czy Elizabeth Moss nie ma co nawet mówić, bo to aktorska klasa sama w sobie. Problem polega jednak na tym, że kunszt aktorów objawia się głównie na poziomie dialogów, gdyż, mając taki a nie inny scenariusz, nie mogli oni stworzyć pełnowymiarowych kreacji. Zamiast jakiejś psychologii, głębi, dostaliśmy potok postaci do których nie mamy żadnego stosunku, a sympatię budzi chyba jedynie ciężarna Helen.
Dodatkowo, nie mogę się oprzeć przekonaniu, że Wheatley chciał w swojej produkcji pokazać tak dużo, że większość wyszła mu po łebkach. Tak naprawdę nie wiemy nic o bohaterach mieszkających w wieżowcu. O wielu kwestiach z ich życia sporo się mówi, a jednocześnie nie wpływają one na psychologię postaci (doskonałymi przykładami są tu relacje Lainga i jego siostry oraz Charlotte i Royala). Nie oznacza to oczywiście, że mamy do czynienia ze złym aktorstwem. Odgrywający główną rolę Tom Hiddleston doskonale sprawdza się w roli człowieka opanowanego do granic możliwości, idealnie przystosowanego do współżycia społecznego. Luke Evans jak nikt nadaje się do roli ekspresyjnego ekstrawertyka i rewolucjonisty. O osobach takich jak Jeremy Irons czy Elizabeth Moss nie ma co nawet mówić, bo to aktorska klasa sama w sobie. Problem polega jednak na tym, że kunszt aktorów objawia się głównie na poziomie dialogów, gdyż, mając taki a nie inny scenariusz, nie mogli oni stworzyć pełnowymiarowych kreacji. Zamiast jakiejś psychologii, głębi, dostaliśmy potok postaci do których nie mamy żadnego stosunku, a sympatię budzi chyba jedynie ciężarna Helen.
![]() |
P.S. Zdaję sobie sprawę, że moja recenzja wydawać się może gorzka, a część
z Was może zastanawiać się, czemu krytykuję High-Rise, a o Batmanie vs
Supermanie napisałam w miarę pozytywny wpis. Jest tak dlatego, że od kina
artystycznego, balansującego na granicy niezależności, wymagam więcej niż od
superbohaterskiego blockbustera. Nie sądzę abym była w tym specjalnie
odosobniona.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz